Patch Notes14 maja 20195685 słów

Aktualizacja historii: patch 9.10

🔧Patch Notes

Szepczący wihajster

Autor: Graham McNeill

Pozwólcie, że opowiem o mojej polanie.

Podczas

bezchmurnych nocy — właśnie takich jak ta — gdy księżyc jest pełny i

okazały, srebrne światło skrzy się na przypominających gwiazdki liściach

z cienkimi jak nici jedwabiu blaszkami, a zakwitające nocą seleneia

sprawiają, że moja polana staje się krainą cudów.

Podróżny

może wyczuć na wietrze delikatne zapachy odległych kontynentów.

Delikatne, ale za to jakie! Składają się one w bukiet aromatów

pustynnych przypraw, skąpanych w słońcu kamieni i soli z grzbietów

mknących fal, wymieszany z nigdy niesłabnącą wonią soków górskich jodeł.

Moglibyście uznać ten opis za zbyt wymyślny, za słowa, które wydostały

się z ust niepoprawnego romantyka lub usychającego z miłości poety.

Oczywiście mielibyście rację, ale nie stają się one przez to choćby

odrobinę mniej prawdziwe.

A skoro jesteśmy przy

temacie romantyków — artystyczna dusza mogłaby, gdyby przybyła tu w

odpowiedniej chwili, dostrzec taneczne kształty w blasku księżyca

prześwitującym przez liściaste sklepienie lasu. Mogłaby śledzić, jak się

zmieniają, i stopniowo uchwycić ład w grze światła i cienia na korze

drzew lub w zmarszczkach na powierzchni wody. Tworzący się w ten sposób

wzór, gdyby został ukończony, przypominałby swego rodzaju bramę.

Jednak

bez względu na to, jak długo te kształty wirują i tańczą, nigdy nie

łączą się w całość. No, prawie nigdy. Bądź co bądź, magia tych ziem jest

— nie bez powodu — kapryśna i nie ujawnia swoich tajemnic każdemu. Nas,

duchy przyrody, przyciągają takie miejsca. Pielęgnują nas, a my

odwdzięczamy się tym samym. Można nas znaleźć na całym świecie — w

niektórych miejscach łatwiej niż w innych, zgadza się, lecz jeśli gdzieś

objawia się magia, prawdopodobnie traficie tam na ducha takiego jak ja.

Pochlebiam

sobie, że zamieszkiwana przeze mnie polana jest bardziej przesycona

magią niż większość obszarów tej krainy, którą śmiertelnicy nazywają

Noxusem — trzeba tylko wiedzieć, w jaki sposób patrzeć. Większość

mieszkańców świata zapomniała, jak widzieć, jak naprawdę widzieć, ale są inni — właściwie cała rasa — którzy nigdy nie zapomnieli. Nazywają ich Yordlami. Są to istoty nie do końca z tego świata. Wielu Yordlów to moi przyjaciele.

Dwójka

z nich właśnie się zbliża. Po dźwiękach wnoszę, że starają się wrócić

do swoich krewnych, ale mają kłopoty z kluczem — z braku lepszego słowa —

który ma im pomóc odnaleźć drogę do domu. Rzecz w tym, iż nisko

położone drogi, którymi oni podróżują, nie biegną na powierzchni

tego świata. Nie biegną też w prostej linii, tak jak drogi ludzi

nazywających te ziemie swoim domem. Krążą, zawracają i wirują wszędzie

wokół niczym szaleńczy węzeł, którego nie sposób rozpleść.

Większość Yordlów potrafi się poruszać takimi drogami bez większych trudów, jednak ta dwójka…

Powiedzmy,

że nie są to najznakomitsi towarzysze podróży. Słyszę ich tuż poza

duchową zasłoną. Kłócą się jak para wygłodniałych lisów.

Niedługo tu dotrą, ale zastanawiam się, czy wiedzą, że nie są jedynymi zbliżającymi się istotami.

Nadchodzą

śmiertelnicy. Wojownicy w zbrojach ze stali i kamienia. Niosą narzędzia

zadające śmierć. Nie przepadam za nimi, ale nie zrozumcie źle moich

powodów. Wiem, że śmierć jest konieczna. To niezbędny element

naturalnego cyklu bycia. Jednak ci ludzie tylko zabierają, nigdy nie

oddają z powrotem. Pokrywają tę ziemię drogami, które nie skręcają.

Używają swoich siekier i pił do oczyszczania jej z tego, co rośnie.

Stanowią imperium kątów i porządku. Pobliskie drzewa reagują, odginając

się od nich, lecz oni oczywiście tego nie zauważają.

Śmiertelnicy niemal nigdy nie zdają sobie sprawy z tego, jaki wywierają wpływ na swoje otoczenie.

Kobieta

z długimi, brązowymi włosami jako pierwsza wchodzi na moją polanę.

Kłuje boki konia ostrogami i zatacza kręgi, wypatrując wśród drzew i na

ziemi znaków, że ktoś lub coś może stanowić zagrożenie.

Ma zimne spojrzenie, którym omiata piękno drzew jak drwal ostrzący siekierę.

Zatrzymuje

wierzchowca pośrodku polany i siada w milczeniu. Słyszy śpiew ptaków,

westchnięcia lasu i szmer strumyka płynącego po wygładzonych działaniem

czasu kamieniach. Większość przychodzących tutaj ludzi uspokajają te

dźwięki, a ich dusze odmładza samo przebywanie na łonie natury.

Nie w jej przypadku.

Energia

lasu nie ma na nią wpływu. Nie wiem, czy czuć z tego powodu smutek, czy

złość. Kobieta jest cierpliwa. Dopiero po kilku minutach unosi rękę i

rozkłada palce. Chwilę później na skraju polany pojawia się kilkunastu

jeźdźców. Ich konie są wyczerpane — mają spienione boki i opuszczone

głowy. Zwierzęta niosły jeźdźców bardzo długo, więc napełniam ich

zmęczone kończyny odrobiną magii. Cicho rżą i potrząsają grzywami z

wdzięczności.

Do kobiety podjeżdża wąsaty mężczyzna

ubrany w skórę i futra. Opaska z brązu przytrzymuje jego włosy, by nie

opadały na twarz, a tunika została wycięta tak, aby podkreślić

muskulaturę. Ramiona okrywa peleryna z wilczej skóry, a do pleców

przypięte są dwa topory z okrągłymi jelcami. Jego spojrzenie, tak samo

jak kobiety, sprawia, że obawiam się tego, co może zrobić drzewom.

Tak, myślę, że nie przepadam za nim jeszcze bardziej niż za nią.

— Co ci zajęło tyle czasu, Tamaro? — pyta. — Bałaś się, że ktoś zastawił na nas zasadzkę?

Kobieta

ignoruje jego pytania. — Powinniśmy rozbić tu obóz, Dravenie. Jest woda

do picia i dużo drewna. I polana jest rozległa, co utrudnia

podkradnięcie się.

— Powiedziane, jak przystało na inżyniera wojny Noxusu.

— Mówisz tak, jakby to było coś złego.

Kobieta

zsuwa się z siodła, a gdy tylko jej buty dotykają ziemi, wzdrygam się,

czując kamień w jej żyłach i żelazo w jej duszy. Dźwięki na polanie

cichną, ale nikt z ludzi tego nie zauważa.

— Chcę

dotrzeć do stolicy, zanim umrzemy ze starości — mówi Draven. — Walki w

Bazyliszu były przyjemne, ale muszę wrócić na arenę i porządnie pobawić

się toporami.

— Chcesz też powiedzieć Dariusowi, że wolałbyś, żeby jego wojsko przemieszczało się bez inżyniera wojny przeprowadzającego staranny zwiad?

— Nic nam nie grozi — odpowiada Draven. — Nie w samym środku imperium.

Kobieta krzyżuje ręce na piersi. — Słyszałeś, co się stało z Wintorym pod Drekanem?

— Nie — mówi Draven, wzruszając ramionami — ale powiesz mi, prawda?

Tamara

patrzy na niego, a po chwili wzdycha i kręci głową. — Nie miałoby to

sensu. To nie dotyczy ciebie, więc i tak byś się nie przejął.

Słucham,

jak wymieniają się obelgami, ale nie do końca pojmuję, dlaczego ich

słowa nie pasują do połyskujących kolorów ich aur. Bardzo często

dezorientuje mnie to, że śmiertelnicy tak dużo czasu poświęcają na

mówienie rzeczy, których nie mają na myśli, a ich uczucia tak często

pozostają niewypowiedziane.

Naturę cechuje uczciwość — choć nieraz krwawa — na której można polegać.

Już zmierzcha, gdy docierają tutaj Yordlowie.

Czuję,

jak nieodparcie wzywa mnie ich klucz, więc przesączam odrobinę swojej

mocy do krainy ducha, by otworzyć przejście. Jeden ze srebrnokorowców

przesuwa nieco gałęzie pod wiatr, a ostatnie promienie zachodzącego

słońca tworzą świecący, bursztynowy wzór na sękach jego omszałego pnia.

Cień, światło i pofałdowana kora łączą się w nieskończenie długą pętlę,

która — ujrzana pod pewnym kątem i z pewnej wysokości — wygląda jak

portal wiodący do ziemi wiecznego wschodu słońca.

Szepty

i pieśni dochodzą echem z altany wewnątrz drzewa. Noxianie są zajęci

swoimi końmi, które robią tyle hałasu, że ludzie nie słyszą tych

dźwięków. Wydaje się, że wiatr przemawia, przenosząc sekrety od drzewa

do drzewa. Być może tak jest — nigdy nie wiadomo, co mówi wiatr. Cóż,

niebieski ptak mórz może wiedzieć, ale ostatnimi czasy nie oddala się

zbyt daleko od zatopionego miasta.

Trawa wokół

podstawy srebrnokorowca faluje na ciepłym wiaterku, który niesie wiele

opowieści z innej krainy. Znam ich już setki, lecz Yordlowie mają ich

niewyczerpane pokłady, więc zawsze chętnie słucham o ich podróżach.

Słychać delikatny trzask, jakby na powierzchni jeziora pękł pęcherzyk powietrza…

…i

z drzewa wypadają dwie drobne postacie. Wtaczają się w wysoką trawę i

sprawiają wrażenie zdziwionych, że znalazły się na polanie. Jedna z nich

natychmiast wstaje i celuje ze swojego wielkiego działa. Obraca się. W

lewo, a później w prawo. Bierze na muszkę królika z na wpół odgryzionym

uchem, który wystawia pyszczek z nory, marszcząc nos.

— Ty to zrobiłeś? — pyta.

Królik nie odpowiada. Nic dziwnego, te zwierzęta są niewzruszone. Chcesz zachować tajemnicę, ale komuś musisz o niej powiedzieć? Powiedz królikowi, a on zabierze ją do grobu.

Znam

tego Yordla — nazywa się Tristana. I wygląda na wściekłą. Jakby była

gotowa ruszyć do boju, ale zapomniała, gdzie toczy się wojna. Jej skóra

promienieje intensywniejszym niż zwykle fioletem, a białe włosy są

związane w wąski kucyk.

Podnosi swoje działo i celuje w królika.

Zwierzę skacze do przodu, nie przejmując się zagrożeniem.

— Drugi raz nie zapytam — mówi Tristana — a Boomer nigdy nie chybia!

Królik marszczy nos, zachowując niczym niezmącony spokój.

Towarzyszka

Tristany siada, a wokół jej głowy krąży mały skrzydlaty duszek. Ach,

Lulu i Pix. Niesforne, fioletowe włosy Lulu kłębią się na wietrze, który

zdaje się owiewać tylko ją, a jej wysoki kapelusz jest przekrzywiony

pod dziwnym kątem. Zsunął jej się na oczy, więc Yordlka zaczyna badać

ziemię wokół siebie zakrzywionym kijem.

— Oślepłam! — mówi. — To coś nowego.

Tristana

nie odrywa wzroku od królika i unosi rękę, by uciszyć przyjaciółkę, ta

jednak tego nie widzi. Lulu wstaje i chodzi po okręgu, uderzając kijem

ziemię przed sobą. Kwiaty uchylają się, a migotniki pierzchają, zanim

Pix zdoła oskubać ich skrzydła. Duszek Lulu jest uroczy, ale ma dziwne

poczucie humoru. Nigdy nie wiem, czy jest zabawny, czy niegrzeczny. Może

jedno i drugie.

— Tristana! Jesteś tu? — pyta Lulu.

Tristana wzdycha ze złością. Przystawia dwa palce do oczu, po czym wskazuje na królika ze srogą miną.

Widzę cię, futrzaku — ostrzega. Zastyga w bezruchu, gdy wreszcie

dostrzega ludzi na polanie. Przyskakuje do Lulu i popycha ją, by

towarzyszka przylgnęła plecami do drzewa. Zmienia się światło i portal, z

którego wypadły, zaczyna już znikać.

— Ludzie — syczy Tristana.

— Gdzie? — pyta przyjaciółka. — Wszędzie jest ciemno! Chociaż muszę przyznać, że czasem widzę więcej z zamkniętymi oczami.

Tristana wzdycha i podciąga kapelusz towarzyszki.

Lulu mruga i ściska przyjaciółkę.

— To cud!

— Cicho — syczy Tristana, a Pix nurkuje, by wystrzelić maleńką, fioletową iskrę w jej policzek.

Tristana odgania go, krzywiąc się.

Zaginam lekko cienie wokół drzewa. Ludzie czasami z trudem dostrzegają Yordlów, a przynajmniej takich, jakimi oni naprawdę są, ale mam wrażenie, że kobieta z zimnymi oczami jest bystrzejsza niż inni, a nie chcę, żeby tej dwójce coś się stało.

Tristana

wygląda zza drzewa. Noxianie rozbijają obóz, ale na szczęście nie

planują rozpalić ogniska. Draven narzeka z tego powodu, ale Tamara

upiera się, by nie obwieszczali swojej obecności. Pilnuję, aby drewno na

polanie było zielone i nie nadawało się do palenia. To nie powstrzymuje

wszystkich, którzy tu trafiają, przed korzystaniem z siekier i pił… ale

w większości przypadków fortel działa.

Tristana kiwa do siebie głową.

— Nie widzieli nas — szepcze. — Dobrze.

— Wydają się przyjaźnie nastawieni — mówi Lulu, rzucając okiem znad ramienia towarzyszki. — Powinnyśmy się przywitać.

— To Noxianie — odpowiada Tristana, a ja czuję jej irytację. — Nie rozmawia się z nimi, jeśli nie chce się stracić głowy.

— Czemu? Lubią je kolekcjonować?

Tristana

przewraca oczami i znajduje wreszcie czas, by sprawdzić otoczenie.

Unoszę kilka kwiatów i macham do niej. Czuje magię polany, nie potrafi

jej się oprzeć, i odmachuje w odpowiedzi. Niektórzy twierdzą, że

Tristana jest uosobieniem powagi i chłodnej rzeczowości, ale mam inne

zdanie.

Spogląda w górę, na drzewo, i puka w nie na

próbę kłykciami. Obstukuje delikatnie korę, aż wreszcie słyszy donośne

echo z głębi drzewa. Krzywi się, gdy niektórzy z Noxian spoglądają w jej

stronę. Skrzypię kilkoma gałęziami i przekonuję wodę, by plusnęła

psotnie nad kamieniami. Noxianie wracają do pracy.

Tristana kiwa głową, mówi „dzięki”, po czym odwraca się do Lulu z pytaniem: — Dobrze, to gdzie jest szepczący klucz?

— Co takiego?

— To coś, czego używamy do przemieszczania się za pomocą portali…

— Przypomnij: jak to wygląda?

— Jak mały kompas zrobiony z rzeźbionego kamienia.

— Och, masz na myśli mój wihajster.

— Twój… — zaczyna Tristana, ale się poddaje. — Tak. Właśnie to mam na myśli.

Lulu

robi piruet i poklepuje się, sprawdzając kieszenie, które zdają się

pojawiać i znikać w przypadkowych miejscach. Zamyka jedno oko i

przygryza wargę, wyciągając monety, kości do gry, odłamki kamieni

szlachetnych i błyszczące drobiazgi. Ale nic nie przypomina klucza.

— Jeszcze przed chwilą go miałam.

To prawda — zgadza się Tristana przez zaciśnięte zęby. — Użyłaś go do

otworzenia portalu na plaży, gdy uciekałyśmy przed watahą skałowilków po

wizycie u Poppy.

— Lubię Poppy, ale jest taka

poważna — mówi Lulu, tupiąc nogami, jakby maszerowała na placu apelowym.

Zatrzymuje się, by spojrzeć na Tristanę. — Zaraz! — Czy ty i ona to tak

naprawdę ta sama Yordlka?

— Nie, oczywiście, że nie — wzdycha Tristana. — Możesz się łaskawie pośpieszyć?

— Ale mogłybyście być, wiesz? Takie same włosy i ta mała bruzda tuż nad nosem, gdy się wściekacie. O, właśnie ta!

Złoszczenie

się na Lulu nic by nie dało. Byłoby jak uganianie się za szczeniakiem,

który ukradł twój but — stanowiłoby to element zabawy. Posyłam chłodzący

wiaterek, by zmierzwił białe włosy Tristany, ale nie wydaje się

pomagać.

— Szepczący… Znaczy twój wihajster… Mogłabyś go znaleźć?

— Och, no tak, właśnie go szukałam, prawda?

— Tak. To prawda.

Lulu wzdycha i robi teatralny gest świadczący o wielkim oszołomieniu. Spogląda na ciemniejące niebo i pstryka palcami.

— Nic dziwnego, że nie mogę go znaleźć — mówi. — Jest zbyt ciemno!

Unosi

swój wykrzywiony kostur. Tristana wytrzeszcza oczy, gdy uświadamia

sobie, co Lulu ma zamiar zrobić. Ale jest już za późno, żeby ją

zatrzymać.

Z końca kostura Lulu wystrzeliwuje

skrzący się strumień i wybucha nad ich głowami niczym rój tańczących

świetlików. Polana jest teraz skąpana w blasku tysiąca gwiazd i tajnego

zgromadzenia księżyców.

— Aha! — wykrzykuje Lulu,

wyciągając nareszcie z fałdów swojej tuniki coś, co przypomina krzyżówkę

dojrzewającego strąka i zakrzywionej muszli. Na powierzchni przedmiotu

tańczą wielobarwne linie, a w środku pływają stworzenia przypominające

kijanki. — Tutaj jest.

Tristana patrzy z

przerażeniem, jak światło z kostura Lulu zalewa polanę, ale zanim jest w

stanie zareagować, obok nich przelatuje wirujący topór i wbija się w

korę drzewa.

Lulu niemalże wyskakuje ze skóry, a strąkomuszla wylatuje jej z dłoni.

Srebrnokorowiec

wydaje okrzyk bólu, więc napełniam go przez korzenie magią — aż po samą

twardziel. Z bruzdy w korze zranionego drzewa sączy się jaskrawy

bursztynowy sok, unieruchamiając topór.

Wihajster

Lulu przecina powietrze i ląduje gdzieś pośrodku polany. Trafia w wysoką

trawę, a ja czuję, jak jego pierwotna energia rozchodzi się falami na

zewnątrz.

— Ups — mówi Lulu.

Przez zarośla przelatuje istna lawina strzał o czarnych drzewcach. To Noxianie odpowiadają w jedyny znany im sposób.

— Schowaj się! — krzyczy Tristana, obracając Boomera i odciągając Lulu za zasłonę ze zgniłej kłody pokrytej mchem i bluszczem.

W

spróchniałe drewno wbija się strzała. Kolejna rozcina mrok zatrważająco

blisko ucha Tristany. Lulu piszczy, a Pix mknie w stronę jej

przyjaciółki. Na martwym drewnie natychmiast zakwitają niebieskie, złote

i szkarłatne kwiaty polne.

Tristana strzela z Boomera. Buch, buch, buch!

Wszyscy się uchylają. Noxianie, króliki i migotniki. Nawet glisty wślizgują się głębiej.

Kule

Boomera mkną jak płonące wstęgi przez polanę i odbijają się od kamieni,

a ze strumienia tryskają strugi wody, żeby ostudzić pociski. Ostatnią

rzeczą, jakiej nam brakuje na polanie, jest ogień!

— Rozproszyć się! — krzyczy Draven, biegnąc po swój topór wbity w korę srebrnokorowca.

Noxianie szybko wykonują rozkaz.

Można o nich powiedzieć wiele rzeczy — a przechodzący przez moją polanę ludzie mają o Noxianach dużo

do powiedzenia — ale nie można im odmówić dyscypliny! Tamara biegnie do

swojego konia i wyciąga z pochwy przy siodle wąski rapier.

Posyła Dravenowi szeroki uśmiech i mówi: — Na pewno nie będzie zasadzki, co?

Draven

wzrusza ramionami, a jego aura nie zdradza niepokoju ani irytacji

spowodowanej tym, że udowodniono mu błąd. Wyczuwam jedynie okrutną

satysfakcję na myśl o zbliżającym się rozlewie krwi.

Tak, moja niechęć do niego jest zdecydowanie większa niż do Tamary.

Noxiańscy

wojownicy rozbiegają się parami po polanie, a łucznicy posyłają

regularne serie strzał, by uniemożliwić dwóm Yordlkom ucieczkę. Nic nie

wiem o wojnie, lecz nawet ja rozumiem, że zabójcza taktyka Noxian

doprowadzi do śmierci Lulu i Tristany.

Nie mam nic przeciwko rozrywce, ale nie chcę, żeby ktokolwiek zginął

Magia

wzbiera w ziemi potężnymi falami. Splatam źdźbła trawy, które opasują

stopy pierwszego noxiańskiego żołnierza — potężnie zbudowanego mężczyzny

z toporem o dwóch ostrzach. Wojownik upada z łomotem, lądując na twarzy

i rozcinając sobie rękę. Jego towarzyszka potyka się o niego,

upuszczając miecz, a mężczyzna krzyczy z bólu, gdy broń wbija się

głęboko w jego pośladek.

Jantarowiec wykręca pień i

chłoszcze dookoła swoimi smukłymi gałęziami. Trafia kucającego łucznika

w twarz, posyłając go do tyłu, a strzała, która była wycelowana w

przeciwnika, wylatuje prosto w górę. Wystarcza precyzyjny podmuch

powietrza i pocisk mknie w dół, prosto między nogi łucznika, i rozrywa

jego bryczesy w kroku. Poszkodowany wydaje okrzyk przerażenia i z trudem

kuca z powrotem.

Tristana strzela ponownie, a Pix

podskakuje na jej głowie, bijąc pięściami powietrze i wykrzykując

piskliwe obelgi przy każdym huknięciu. Z nieba nad duszkiem opadają

kwiaty i widzę, że wokół strzelającej Yordlki niejedna strzała zostaje

odbita przez ich połyskujące płatki.

— Widzisz gdzieś swój wihajster?! — woła Tristana, przekrzykując huk działa.

Lulu

kręci kosturem i wskakuje na jego zakrzywiony jak u pasterskiego kija

uchwyt. Osłania oczy dłonią i wpatruje się w polanę, która zaczyna z

powrotem pogrążać się w mroku. Pędzi w nią ze świstem strzała, ale

zwinięty szpic jej kapelusza strąca ją na ziemię.

— Nie bardzo, a poza tym nie wiem, jak teraz wygląda.

— Jak to nie wiesz, jak teraz wygląda?

Lulu

zeskakuje z kostura, robiąc piruet, a w miejscu, w którym ląduje,

wyrastają stokrotki. — Bo ten wihajster jest trochę kapryśny. Za każdym

razem, jak go odkładam, lubi wypróbowywać inne postacie.

Tristana

wydaje jęk zawodu, a Lulu posyła poprzez drzewa ognisty snop skrzącego

się światła. Para Noxian zostaje wyrzucona w powietrze. Wpadają do

strumienia, a ja natychmiast nasyłam na nich zatrzęsienie żab. Języki

wiadrożab są pokryte śluzem, który sprawi, że Noxianie zaczną śnić na

jawie i najpewniej na długo zapomną o całym świecie.

— Więc może teraz wyglądać jak cokolwiek? — pyta Tristana.

Właściwie to tak — odpowiada Lulu. — Spróbuj wypatrywać go kątem oka.

Zmienia wygląd tylko wtedy, gdy myśli, że na niego nie patrzysz.

Myślałam, że nigdy tego nie powiem, ale żałuję, że nie ma z nami teraz

Heimera — mówi Tristana. — Przydałyby nam się jego hexokulary.

— Nie wygłupiaj się — mówi Lulu. — Straciłybyśmy wtedy całą zabawę.

Tristana

obraca się na pięcie, by strzelić do skaczącego w jej stronę Noxianina.

Kula z działa uderza go prosto w pierś i wyrzuca w tył. Przeciwnik

ląduje w ciernistym krzewie, który nagle staje się jeszcze bardziej ciernisty.

— Podoba się? — pyta Tristana i uśmiecha się szeroko. — Wiesz co? Masz rację. Zabawmy się z tymi tumanami. Chwyć się.

Lulu

śmieje się i zarzuca ręce na szyję Tristany, jakby chciała dać jej

wielkiego, soczystego całusa. Tristana strzela raz jeszcze, ale tym

razem jej działo jest wycelowane w ziemię. Dwie Yordlki wystrzeliwują

zza okwieconej i naszpikowanej strzałami kłody i szybują łukiem ponad

głowami nacierających żołnierzy. Noxianie spoglądają na nie z otwartymi

ze zdziwienia ustami, a Tristana i Lulu obracają się ponad ich głowami,

melodyjnie przy tym chichocząc.

Kto wie, co

właściwie Noxianie widzą? Coś niespotykanego, to na pewno. Uroki Yordlów

są nieprzewidywalnym zjawiskiem i nawet oni sami zwykle nie zdają sobie

sprawy z tego, co widzą inni.

Z kostura Lulu

wystrzeliwują lśniące pociski, wirując, a wszędzie, gdzie trafiają,

Noxianie zostają powaleni w kłębach płatków i iskier, które palą jak

krople jadu. Dwie Yordlki lądują w pełnym biegu. Tristana kręci się,

strzelając w każdego Noxianina, który uniesie głowę, a Lulu porusza się

na czworaka, szukając swojego wihajstra.

— Pokaż

się wreszcie — szepcze w stronę trawy. — Bardzo ładnie proszę i

uśmiecham się przymilnie. Pozwolę ci nas zabrać gdzieś, gdzie ty się chcesz teraz przenieść.

Wihajster — lub jakkolwiek on się naprawdę nazywa — nie odpowiada, ale wyczuwam, że odsuwa się od Lulu. Właściwie nie do końca odsuwa, raczej uobecnia się tam, gdzie jej nie ma.

To przedmiot z dawnych czasów, przesycony potężną magią, ale

niepozbawiony dziecięcej fantazji. Prawdopodobnie traktuje to wszystko

jak miłą zabawę. Może rzeczywiście jest to zabawa. Lulu szuka swojego

wihajstra i śmieje się radośnie, kręcąc się przy tym i skacząc po

polanie niczym łasica goniąca własny ogon. Kiedy Yordlka jest już

blisko, przedmiot zmienia się w dużego ślimaka, a gdy Lulu odsuwa

oblepioną rękę, wihajster staje się świetlnym obłokiem, by po chwili

pojawić się za nią jako postać z patyków umykająca chwiejnym krokiem na

niepasujących do siebie nogach.

Tristana gradem kul

zmusza Noxian do niewychylania się. Słyszę, że Draven w końcu wyrywa

swój topór ze srebrnokorowca. Jego całe ostrze lepi się od soku drzewa.

Noxianin odwraca się i przeskakuje od zasłony do zasłony, prężąc

muskuły, nie spuszczając Tristany z oczu i przekradając się do niej

niczym kot. Odchyla rękę, gotów do rzucenia swym drugim toporem.

Nagle

nurkuje na niego dywizjon bzyczących os, otacza go, a z drzew opada

batalion rozwścieczonych wiewiórek. Topór przelatuje z dala od celu i

wbija się z łoskotem w ziemię w miejscu, w którym wcześniej stały konie

Noxian. Teraz jest tu tylko plątanina śladów po kopytach i kilka

porzuconych siodeł. Draven kręci się szaleńczo, zrywając drapiące i

gryzące wiewiórki z ramion i szyi. Wiewiórki to prawdziwe zbiry lasów.

Króliki mogą być niewzruszone, ale wiewiórki odgryzą ci ucho, jak tylko

się odwrócisz.

Lulu nawet nie podniosła wzroku. Wciąż biega w kółko i chichocze jak dziecko, wystrzeliwując wiązki światła z kostura.

Tamara

wyskakuje zza zasłony i zrywa się do zabójczego biegu, kierując się

wprost na Lulu. Za pomocą swojej magii ciskam w jej stronę przeszkody.

Rozgorączkowane krety błyskawicznie tworzą przed nią wykopy, ale udaje

jej się między nimi lawirować. Smagają ją cierniste łodygi ostrokrzewu

haczykowatego, ale mknie dalej, ślizgając się pod nimi. Rozgląda się

dookoła, zaczynając rozumieć, że czai się tu jeszcze jeden wróg — taki,

którego nie widzi i z którym nie może walczyć.

Mam cię — wykrzykuje Lulu, chwytając wreszcie swój wihajster. Teraz

przedmiot wygląda jak wiązka gałązek splątanych pasmami trawy i

pajęczyn.

Tamara nurkuje pod zwijającym się

korzeniem, który wystrzelił z ziemi, przetacza się i wstaje na nogi. Gdy

cofa rapier, szykując się do pchnięcia, rozbłyskują na nim ostatnie

iskry świetlnych pocisków Lulu.

I wtedy pojawia się Tristana.

Podnosi z trudem Boomera, jakby nagle stał się cięższy.

Dużo cięższy.

— To moja przyjaciółka, paniusiu — mówi i pociąga za spust.

Huk

wystrzału jest ogłuszający. Nawet ptaki odpoczywające dwie rzeki na

zachód stąd zrywają się w powietrze, słysząc dźwięk. Z lufy buchają

prażące płomienie i wylatuje ogromna kula. Siła odrzutu obraca Tristanę

wokół jej osi, ale to nic w porównaniu z tym, co dzieje się z Tamarą.

Noxianka

odlatuje do tyłu, jakby została uderzona przez wściekłego, kamiennego

golema. Znika wśród drzew i nie sądzę, żeby zbyt szybko się podniosła.

Wtedy

Tristana zostaje gwałtownie uniesiona za kark z ziemi. Boomer wypada

jej z rąk, a Draven przyciąga ją bliżej z wyrazem rozbawienia na

podrapanej i krwawiącej twarzy.

— Czym ty, na wielkiego Wilka, jesteś?

— Postaw mnie na ziemi, prostaku! — krzyczy Tristana.

Kopie

i wymachuje w jego kierunku pięściami, ale nawet jej odwaga nie może

się równać z długością jego kończyn. Draven przechyla głowę w bok,

najwyraźniej zastanawiając się, co takiego pochwycił.

Hej, a może byś się tak poznęcał nad kimś swojego wzrostu? — krzyczy

Lulu, celując w niego swoim kosturem. Na całej jego długości falują

kłębiące się płomyki, ale Draven nie wydaje się tym przejmować.

— Pokaż, na co cię stać, maleńka — mówi. — Nie wyciśniesz z siebie niczego, co mogłoby zranić Dravena.

Fajerwerki wystrzeliwują z kostura Lulu, tworząc burzę świateł.

I chybiają.

Draven śmieje się, unosząc topór.

Jednak wtedy pada na niego wysoki cień. Mężczyzna powoli się odwraca.

I uświadamia sobie, że Lulu wcale nie chybiła.

Nad

Dravenem góruje królik z na wpół odgryzionym uchem — co najmniej dwa

razy wyższy niż on. Chrupie powoli marchewkę, która jest długości ręki

Noxianina. Draven puszcza Tristanę, a ogromny królik przykłada dwa

krótkie i pulchne palce do oczu, a następnie ze srogą miną wskazuje na

mężczyznę.

Noxianin jest wojownikiem, który walczył

z niejednym potworem, ale to za wiele nawet dla niego. Odwraca się i

puszcza biegiem w stronę drzew, zatrzymując się tylko na chwilę, by

zabrać swój drugi topór. Pozostali Noxianie albo już uciekli, albo na

widok ogromnego królika właśnie powoli wycofują się w zarośla. Coś mi

mówi, że poszukają innej drogi do swojego wojska.

Tristana obraca się, by spojrzeć na królika z na wpół odgryzionym uchem.

— Dzięki — mówi, ale królik nie odpowiada. Jest niewzruszony, jak już było mówione.

Odwraca

się i w serii głośnych podskoków kieruje się do swojej nory. Gdy do

niej dociera, jest już mniej więcej takich samych rozmiarów jak

wcześniej. Wciska się w norę, ostatni raz machając ogonem i wzbijając

kłąb ziemi.

Tristana zarzuca Boomera na ramię. — Znalazłaś swój wihajster?

Lulu unosi go triumfalnie. — Mój bardzo niegrzeczny wihajster. Nie powinien tak uciekać!

Tristana

kręci głową i maszeruje z powrotem do drzewa, z którego wypadły. Lulu

mknie za nią w podskokach, a Pix bzyczy u góry, lecąc na dwóch osach i

popiskując z radości.

Przyjaciółka dołącza do

Tristany i macha wihajstrem w stronę drzewa, wykonując gest, który być

może był ustalony zawczasu, a być może Lulu po prostu liczy na to, że

jakoś to będzie. Tak czy owak, udaje się. W pniu srebrnokorowca ponownie

pojawia się pełna zieleni altana. Wschód słońca z ziemi Yordlów wylewa

się na moją skąpaną w świetle księżyca polanę. Czuję pradawną magię ich

krainy i posyłam impuls swoich własnych czarów, życząc dwóm

przyjaciółkom interesujących podróży.

Lulu przystaje i spogląda przez ramię.

— Dziękuję — mówi, a ja czuję bezgraniczną radość w jej sercu.

Piękno mojej polany staje się dzięki temu jeszcze bardziej urzekające.

— No chodź, powinnyśmy już iść — mówi Tristana.

— Dokąd się tak śpieszysz?

— Nie powinno nas tu być, gdy wrócą Noxianie.

— Nie wydaje mi się, żeby tu wrócili — mówi Lulu, szczerząc zęby w uśmiechu.

Światło

portalu nasila się, tworząc coraz większą, falującą spiralę, która

oplata przyjaciółki. Dwie postacie stają się niewyraźne, gdy ponownie

się oddalają, a ich głosy słabną. Słyszę jednak ostatnie słowa Tristany i

na polanie zrywa się zimny wiatr, który przyprawia o dreszcz obaw.

— To Noxianie — mówi. — Zawsze wracają.

Tristana Dumna Kanonierka

Tristanę,

tak jak większość Yordlów, od zawsze fascynował świat poza Bandle City.

Wybierała się w dalekie podróże, pełna ciekawości i entuzjazmu względem

różnych miejsc, ludzi i stworzeń, które napotykała. Korzystając z

ukrytych przejść znanych tylko Yordlom, zgłębiła wymiar materialny w

całej jego okazałości — i przez większość czasu pozostawała

niezauważona.

Była świadkiem zapierających dech w

piersiach widoków takich jak migracja lodowych trolli przez kry pod

kalejdoskopowymi zorzami na dalekiej północy. Zachwycała się, gdy okręty

wojenne salwami roznosiły wrogów podczas morskich bitew, które

wzburzały morza. Podziwiała pochody wielkich armii, w których żołnierze

maszerowali z precyzją i w harmonii — a to niesamowicie dziwne pojęcia

dla Yordlów! — przez bezkresne piaski na południu.

Lecz

beztroskie, nomadyczne podejście Tristany do życia zmieniło się w dniu,

w którym ujrzała zniszczenie lasu Bandle. Takie lasy są zakorzenione w

magii bram, wokół których rosną, i dają Yordlom bezpieczne schronienie

przed światem. Drzemiąca w blasku słońca Tristana została nagle

obudzona, gdy drzewa wokół niej zaczęły płonąć i przewracać się. Banda

uzbrojonych najemników dewastowała puszczę za pomocą siekier i ognia,

prowadzona przez czarodzieja spowitego mroczną energią.

Przerażona

Tristana schowała się. Czarodziej skoncentrował swoją moc na portalu w

sercu lasu Bandle i wypowiedział jedno, ostatnie słowo. Tristana, wciąż

słysząc bolesne dzwonienie w uszach, patrzyła jak brama rozpada się i

zamyka na zawsze. Echo tego zniszczenia dało się odczuć nawet w Bandle

City, gdzie wzbudziło ogromną rozpacz wśród Yordlów.

Tristana

nigdy wcześniej nie czuła czegokolwiek podobnego do bólu z powodu tej

straty i poczucia winy za swoją bezczynność. Zdecydowała, że nigdy

więcej nie dopuści do takich okropności. Właśnie wtedy całkowicie oddała

się roli strażnika wszystkich lasów Bandle i swoich pobratymców,

Yordlów.

Tristana często zachwycała się tym, jak

śmiertelnicy chronili drogie im rzeczy. Choć nie potrafiła pojąć

powodów, dla których mieliby strzec połyskliwych metali czy kamiennych

murów, szanowała ich metody i postanowiła je naśladować. Inni Yordlowie z

zainteresowaniem przyglądali się jej, gdy z poważną miną maszerowała

wzdłuż granic Bandle City i wypatrywała niebezpieczeństw. Zaczęła

nazywać swoje jedzenie „racjami” i wyznaczyła sobie rygorystyczne ramy

czasowe na odpoczynek i relaks w ciągu dnia.

Ale

czegoś brakowało. Podczas swoich podróży widziała wiele potężnych

wynalazków, w tym czarnoprochowe armaty w Bilgewater. Zainspirowana nimi

zebrała dostatecznie dużo dysków z cennych metali, żeby zlecić

stworzenie broni odpowiedniej dla jej niewielkich rozmiarów.

Z szelmowskim uśmiechem Tristana nazwała ją Boomerem.

Od

tamtej pory broniła lasów Bandle przed niezliczonymi zagrożeniami. W

dżunglach na Wyspach Węży interweniowała podczas starcia między

tamtejszym ludem Buhru a łowcami skarbów z Valoranu, które

niebezpiecznie zbliżało się do ukrytego portalu. Wskoczyła w sam środek

zamieszania i za pomocą ryczącego Boomera rozpędziła wszystkich na

cztery wiatry. A na gorących pustyniach na skraju Shurimy zgładziła

potwora z Pustki po tym, jak zaczął pożerać tajemną oazę w lesie Bandle.

Posłała wybuchową bombę prosto do jego gardła.

Tristana

stała się czymś w rodzaju legendy w Bandle City, a ostatnio garstka

Yordlów zaczęła ją naśladować, próbując skopiować jej zdyscyplinowanie,

choć w większości przypadków kończyło się to porażką. Niektórzy

zamawiali nawet imitacje Boomera u złomowego wynalazcy Rumble’a, który

cały czas chce zdobyć uznanie Tristany. Choć Tristana uważa to wszystko

za dość żenujące, doszła do wniosku, że jeżeli trzeba chronić przejść do

Bandle City, należy robić to porządnie. Dlatego zaczęła trenować tych

nowych rekrutów i wspólnie przyjęli nowy pseudonim — Kanonierzy Bandle.

Niemniej jednak Tristanę można często znaleźć w dzikich zastępach, gdzie sama patroluje teren, chroniąc lasy Bandle i jednocześnie uciekając od swoich nowych, dość irytujących rekrutów.

Lulu Wróżkowa Czarodziejka

Lulu

zawsze była troskliwą i pełną empatii Yordlką, która żyła w równym

stopniu w swoich figlarnych marzeniach, co w rzeczywistości. Pewnego

dnia, gdy przemierzała świat materialny, trafiła na coś, co wydawało się

ptakiem ze złamanym skrzydłem. Podbiegła, by mu pomóc, ale w tym

momencie zwierzę zmieniło się w drobnego, psotnego duszka fae. Zanim

zdołała zareagować, duszek chwycił laskę, którą się podpierała, i

ulotnił się. Lulu pobiegła za nim, chichocząc.

Duszek

prowadził ją głęboko w las. Przemykali nad głazami, pod kłodami i wokół

pradawnych, zarośniętych kamiennych kręgów. Duszek czmychnął do jaskini

ukrytej za wodospadem, a Lulu pognała za nim. Uciekinier śmigał to tu,

to tam — cały czas będąc o włos przed nią.

Zapuszczali

się coraz głębiej i głębiej. Lulu potykała się o poskręcane korzenie,

gramoliła między świecącymi grzybami i nawet nie zdała sobie sprawy, że w

którymś momencie przekroczyli granicę świata duchowego. Otoczenie

stawało się coraz bardziej osobliwe i dezorientujące. Góra stała się

dołem, przód tyłem, a duże obiekty małymi.

Wreszcie, po pościgu, który zdawał się trwać całe wieki, Lulu dogoniła duszka, który nazywał się, jak odkryła, Pix.

Pstryknięciem

swoich drobnych palców Pix zamienił jej skromną laskę w spiralny kostur

i odrzucił jej go z powrotem. Lulu oniemiała z zachwytu, bo przedmiot

wypuszczał liście i kwiaty. Tak zaczęła się ich dozgonna przyjaźń,

oparta na psotach, zabawie i uwielbieniu dla przyrody.

Pix przyprowadził ją na Polanę.

Bandle

City, dom Lulu, było przedziwnym, magicznym miejscem, które wymykało

się logice i w którym czas nie miał znaczenia, a prawa przyrody świata

materialnego nie miały do końca zastosowania. Jednak Polana była

miejscem jeszcze osobliwszym — istniała na długo przed tym, zanim na

świecie pojawili się Yordlowie, i być może to właśnie z niej zrodziło

się Bandle City. Była przesycona pierwotną magią i kryła się tak

głęboko, że nigdy nie trafił na nią żaden Yordle… aż do teraz.

Magia

Lulu stała się tutaj znacznie potężniejsza. Śmiejąc się radośnie,

Yordlka odkryła, że może na zawołanie zmieniać otoczenie i przeistaczać

się w cokolwiek zechce. Wszystko, co tylko pojawiało się w jej nazbyt

bujnej wyobraźni, ożywało.

Lulu nie wiedziała, czy

Pix przyprowadził ją tutaj, ponieważ dostrzegł w niej bratnią duszę i

po prostu chciał mieć towarzyszkę zabaw, czy też Polana potrzebowała jej

w jakimś innym celu — tak czy owak, natychmiast pokochała to miejsce.

Życie Lulu stało się nieustannym tworzeniem i ciągłą zabawą i wkrótce

zapomniała, że istnieje coś innego.

Gdy wreszcie sobie o tym przypomniała, poczuła, jakby obudziła się ze snu.

Znalazła

się ponownie w świecie materialnym i nie wiedziała, czy minął dzień,

czy może tysiąc lat. Ku swojemu zaskoczeniu i radości odkryła, że część

jej nowo nabytej mocy ma zastosowanie i w tym świecie, co pozwalało jej

sprawiać, że małe przedmioty powiększały się, zmieniać kolory na takie,

które bardziej jej odpowiadały, i powodować, że różne istoty ni stąd, ni

zowąd zasypiały. Pixa nieustannie bawiło, że jednym ruchem kostura

przeistaczała najpotężniejsze zwierzęta w niewielkie, zdumione żaby lub

wiewiórki.

Pomimo tego wszystkiego zaczęła tęsknić

za Polaną. Postanowiła na nią wrócić, ale uświadomiła sobie, że nie

pamięta drogi. Pix nie pomagał i twierdził, że również nie pamięta, choć

być może po prostu nie śpieszyło mu się tak bardzo.

Lulu

tak czy inaczej wyruszyła, niczym się nie przejmując. Była pewna, że

droga wiodąca z powrotem na Polanę ustawicznie się zmieniała, więc wybór

jednej ścieżki był równie dobry, co innej. Po prostu decydowała się na

kierunek, który w danej chwili jej się podobał, i nawet nie omijała

niebezpieczeństw, jeśli wiązała się z nimi dobra zabawa. Obrana przez

nią droga była długa i kręta, a magia, zamęt i niefortunne wypadki miały

w zwyczaju wszędzie jej towarzyszyć.

W Demacii

uwolniła grupkę dzieci od nudnej lekcji historii i zaprowadziła je na

pobliską łąkę. Jej zabawa doprowadziła do tego, że dzieci zostały na

pełen cykl księżyca zmienione w muchomory, a ich zrozpaczeni rodzice i

miejscowa policja prowadzili nadaremne poszukiwania. Nie takie były

zamiary Lulu, ale zabawa i tak była niczego sobie. Gdy dzieci wreszcie

wróciły do domów i opowiedziały wszystkim, co się stało, nikt im nie

uwierzył.

We Freljordzie, gdy właśnie miało dojść

do starcia między dwoma zwaśnionymi plemionami, Lulu pomyślała, że

cudownie będzie zamienić broń obu stron w kwiaty, co spowodowało

absolutny chaos. Jeszcze później zgubiła się w Ionii, bawiąc się

radośnie pośród wiecznokwiatów z Qaelin i płatając figle zdumionym

akolitom Zakonu Cienia, których powagę uznała za zbyt wielką dla ich

własnego dobra.

Choć Lulu pragnie wrócić na Polanę,

za którą wciąż tęskni, nie opuszcza jej radość, ponieważ każdy dzień to

kolejna okazja do przygody i zabawy.

Poza tym zdaje sobie sprawę, że gdziekolwiek się udaje, część Polany nosi zawsze w swoim sercu.

Twoja reakcja na nasz wpis:

  • * - [* - [*Nawet*0)
  • *Słodkie!*0)
  • *AHA*0)
  • *OMG!*0)
  • *WTF*0)
  • *Słabe*0)
  • Źródła i odniesienia

    Ładowanie komentarzy...

    Powiązane artykuły

    Popularne Poradniki

    Wszyscy championowie →