Aktualizacja uniwersum: patch 9.7
Autor: Laura Michet
Szlak Zimowej Iglicy
Autor: Laura Michet
Do
wieczora śnieg kompletnie przemoczył buty Mai. Z każdym krokiem czuła
lodowate chlupotanie na całej stopie, jakby ktoś przesuwał po niej zimne
ostrze noża.
Inni żołnierze również się męczyli —
schodzenie ze zbocza przez grubo ponad dwadzieścia kilometrów, do tego w
śniegu sięgającym pasa, nie było łatwe. Jednak legioniści na czele
kolumny nie słabli. Od rana utrzymywali ten sam pewny rytm, a ich uważne
spojrzenia były skupione na horyzoncie.
Pewnie mają lepsze buty, pomyślała Maja. Tryfarianie są twardzi, ale nikt nie jest tak twardy w zwykłych butach z przydziału.
— Hej — wymamrotał Zalt. — Trzymasz się jakoś?
Zalt,
jedyny minotaur w korpusie, był wyższy, szerszy i starszy od całej
reszty. Sunął przez śnieg na swoich kopytach, tworząc głęboki rów. Maja
mu zazdrościła. — Chciałabym nie czuć własnych stóp — powiedziała. —
Gdybym nie miała stóp, nikt nie mógłby mnie zmuszać do marszu.
—
Podczas ostatniej kampanii przeciwko Zimowemu Szponowi widziałem
żołnierza, któremu stopa zamieniła się w bryłę lodu — powiedział Zalt. —
Podczas zakładania buta odłamały mu się palce. Więc ciach! Generał Darius odciął całą stopę.
Maja skierowała spojrzenie w dół zbocza. Daleko w dole, na zakręcie drogi, zobaczyła Dariusa we własnej osobie — Rękę Noxusu, uosobienie Potęgi. Ogromny topór generała lśnił na jego plecach.
—
Ciesz się, że tu jesteś — powiedział do niej Zalt. — Darius zna tę
drogę lepiej niż ktokolwiek inny. Zbudował ją podczas kampanii
Darkwilla. A my możemy pomóc mu ją odzyskać. — Oczy Zalta błysnęły
gniewem. — Przeklęty Zimowy Szpon!
Urwiste klify
wznoszą się po obu stronach górskiej drogi Dariusa. Spoglądając w górę,
Maja zobaczyła sylwetki żołnierzy stojących nad nimi. — Zwiadowcy nigdy
nie odpoczywają, nie? — zapytała.
— Co?
Wskazała. — Zwiadowcy.
— Jacy zwiadowcy? — zapytał Zalt.
A potem on też spojrzał w górę.
Jego przekleństwo zginęło w huku lawiny.
Dwie
kurtyny bieli oddzieliły się od szczytów klifów nad nimi. Wypełniły
przesmyk niemal natychmiast. Bryły śniegu gruchnęły w noxiańską kolumnę,
grzebiąc żołnierzy szereg za szeregiem wraz ze spadającą lawiną. Maja
przygotowała się na uderzenie, ale to było jak zderzenie z nacierającym
bazyliszkiem. Kotłująca się groza, straszliwy bezwład — a potem ciemność
i uścisk zimy.
Chrzęst! Ktoś podźwignął Maję z pokrywy śnieżnej. — Wstawaj — rozkazał głosem, który brzmiał jak zderzenie ostrzy. — Wykopuj innych!
Otrząsnęła się i zaczęła kopać. Wtedy dotarło do niej, że kopała obok samego generała.
Darius natrafił w śniegu na rozszczepioną stopę. — Zalt! — krzyknęła Maja. Pomogła generałowi go wyciągnąć.
Maja spojrzała na pokryte lodem zbocze: daleko w górze wojownicy Zimowego Szponu przeszukiwali rozrzucone zwłoki Noxian. Nie ma już możliwości odwrotu, pomyślała Maja.
Darius
liczył ocalałych. — Oficerowie? — zawołał. Dwóch tryfariańskich
legionistów podbiegło pospiesznie. — Raportujcie straty. Za następną
granią jest rzeka. Tam się okopiemy. — Darius przyglądał się
przetrzebionym noxiańskim szeregom z ledwo powstrzymywaną wściekłością. —
Jeśli nie możecie iść, czołgajcie się.
Gdy
blade słońce obniżało się ku horyzontowi, zwadźcy Zimowego Szpona
podążali za Noxianami przez całą drogę do zamarzniętej rzeki, zasypując
ich strzałami z zadziorami. Deszcz strzał nie spowolnił jednak
zdyscyplinowanego Legionu Tryfariańskiego. Oddech Mai stał się nierówny,
kiedy starała się dotrzymać im tempa.
Zamarznięta
rzeka była wystarczająco szeroka i gładka, by przekroczenie jej było
niebezpieczne dla Zimowego Szponu, dlatego Noxianie wiedzieli, że jeśli
utrzymają pozycję przy brzegu, atak będzie musiał nadejść od strony
pobliskiego lasu. Pomimo nieregularnego ostrzału spomiędzy zacienionych
sosen Darius nakazał wykopanie w śniegu dwóch okopów wzdłuż linii
brzegu. Żołnierze wykorzystali tarcze jako łopaty, a Maja zobaczyła, że
Darius robi to samo.
— Zapamiętaj to — powiedział Zalt. — Widziałaś Rękę Noxusu kopiącą razem z żołnierzami piechoty!
Następnie
zatknięto naostrzone paliki na brzegu zewnętrznego okopu. Darius
sprawdzał fortyfikacje wzdłuż linii okopu, ale zatrzymał się przy
Zalcie. — Skądś cię kojarzę — powiedział.
—
Walczyłem w pierwszej kampanii we Freljordzie, generale! — Zalt skinął
na Maję. — Opowiadałem tej nowicjuszce, jak ciężko tam było!
Darius przyjrzał się Mai. — To twoja pierwsza akcja — powiedział.
Maja zastanawiała się, jak się domyślił. — Tak, generale.
—
Nie marnuj czasu na strach — powiedział do niej. — Skup się na
stawieniu czoła przeciwnikowi. Na zatopieniu ostrza w gardłach wrogów.
Maja nie wiedziała, co odpowiedzieć. — Eee…
Świiist. Coś rozcięło powietrze pomiędzy nimi — oszczep wbił się w ścianę okopu.
Maja
odwróciła się w stronę linii drzew. Gałęzie się trzęsły, ostrza
błyszczały, a księżycowe światło odbijało się od wypolerowanej kości.
— Przygotować się! — ryknął Darius.
Kiedy
Noxianie rzucili się szukać osłony, a kolejna salwa oszczepów
nadleciała od strony drzew, Maja zobaczyła, jak jeden z żołnierzy
chwieje się z wystającym z piersi niemal metrowym, sękatym drzewcem.
Darius
wyminął Maję i Zalta, a strzały pobrzękiwały, odbijając się od topora
zawieszonego na jego plecach. — Wkrótce. Wkrótce ruszą do szarży —
powiedział do nich. Jego oczy rozpłomieniły się dziko. — Wtedy uderzymy!
Kiedy
wypowiadał te słowa, spośród drzew dobiegło warczenie. Stado
sześcionogich, przypominających koty cieni wyskoczyło z ciemności i
rzuciło się do gardeł Noxian.
Za nimi ruszył Zimowy Szpon.
Kiedy
Legion Tryfariański podniósł się z okopu, gotowy do starcia, Maja
dobyła miecza. Zobaczyła topór Dariusa opadający niczym gilotyna.
Również podniosła się, by ruszyć do walki, kiedy nagle Zalt osunął się
obok niej na ziemię.
W jego ramieniu tkwił oszczep.
—Ruszaj
— wydyszał, ale Maja stanęła obok niego. Wojownicy Zimowego Szpona
dopadli do nich w okamgnieniu, wywijając toporkami. Zalt sparował zdrową
ręką potężny cios, a Maja przewróciła napastnika — zamiast jednak zadać
śmiertelny cios, odwróciła się z powrotem do Zalta.
Mogła go uratować. Musiała go uratować!
Popchnęła
Zalta w kierunku rzeki, dalej od walczących, i wymknęli się na lód za
noxiańskimi pozycjami. Kiedy Zalt padł na kolana, próbując złapać
oddech, Maja nagle zapragnęła uciec za rzekę razem z nim.
— Nie rób tego! — Zalt wiedział, co chodzi jej po głowie. — Noxianie nigdy nie uciekają!
Serce waliło jej jak młotem. Otworzyła usta, gotowa do kłótni z Zaltem — Jestem Noxianką, jestem — ale nie była w stanie nic powiedzieć.
Nagle oczy Zalta się rozszerzyły, a na ramieniu Mai spoczęła ciężka dłoń. Wiedziała, kto to, jeszcze zanim się odwróciła.
— Staw czoła przeciwnikowi — zaryczał Darius.
— Ja…
— Nie stawiasz im czoła. — Darius zakręcił nią na lodzie machnięciem ręki. — Noxianie, którzy uciekają, giną — powiedział.
Z twojej ręki, pomyślała Maja. Od ostrza tego topora. Kiedy na niego patrzyła, Darius uniósł topór nad głowę, i pomyślała: To właśnie to — moja egzekucja.
Egzekucja
jednak nie nastąpiła. Grad strzał rykoszetował od płaskiej strony
żeleźca topora, niegroźnie spadając wokół nich, a Darius opuścił broń. —
My, Noxianie, nie uciekamy. My wygrywamy — zaryczał. — Rąbiemy ich na kawałki za to, co nam zrobili.
Nagle Maję maję ogarnęła wściekłość
— na Zimowy Szpon, na siebie samą, na swój strach. Drżącymi,
przemarzniętymi kończynami przesunęła Zalta na bok. Słyszała jego
jękniecie, kiedy uderzył w lód — ale zostawiła go tam, tak samo jak
Darius. Maja pobiegła za nim w kierunku wiru noxiańskich ostrzy.
Ich
miecze zabłysnęły, a Maja wywijała swoim, aż poczuła piekący ból w
mięśniach, a jej ręka zdrętwiała od przyjmowania uderzenia za
uderzeniem. Z każdym morderczym ciosem przypominała samej sobie: Przeżyj. Zwycięż. Pokrój ich na kawałki.
O wschodzie słońca Zimowy Szpon był już rozgromiony.
Kiedy wrócili na brzeg rzeki, Maja i Darius znaleźli Zalta. Jego pierś była naszpikowana strzałami. Był martwy.
Maja zdrętwiała. Powtarzała sobie: Może doszedł do siebie. Może mu się udało. Ale on po prostu umarł, tam gdzie go zostawili.
— Próbowałam go obronić — powiedziała do Dariusa. — Był… był dobrym żołnierzem. Próbowałam go obronić.
Darius przerwał. — To była zła decyzja — powiedział.
Maja była zaskoczona. — Generale?
—
Powinnaś była walczyć u boku żołnierzy, którzy nadal mieli szansę
przeżyć. — Zwrócił wzrok na Maję. Zadrżała — jego spojrzenie było surowe
jak żelazo. — Stary Zalt był gotowy na śmierć. A ty powinnaś być gotowa
na bitwę.
— T-tak — wyjąkała. — Po-poprawię się, generale.
Darius
odwrócił się na północ, w stronę oświetlonych promieniami wschodzącego
słońca zboczy Zimowej Iglicy. Maja dostrzegała rozbite na nich obozy.
Nad drzewami unosił się dym.
Zimowy Szpon na nich czekał.
— Byle szybko — powiedział Darius.
Wśród kwiatów
Autor: Matt Dunn
Wilgotność
panująca na rynku w Tonnice w połączeniu z aromatem tłumu zazwyczaj
sprawiały, że kupujący podejmowali pochopne decyzje, ale Hatilly stała
jak sparaliżowana. Jej wzrok przykuł dziwny, splątany pączek o
czerwonych, opadłych liściach. Nigdy nie widziała takiego okazu.
—
Nie chcesz tego kupić — powiedział stary kwiaciarz. — To rzadki,
kwitnący nocą zychid. Pochodzi z południowej dżungli, gdzie słońce nigdy
nie dociera do poszycia. Przydaje się raczej warzącym eliksiry i
alchemikom…
Handlarz skierował jej spojrzenie na
bukiet szafirowych róż. — Te zaś pochodzą z dalekiej Ionii. Sam
sprowadziłem je na ziemie Kumangry… A może trochę księżycowych pereł?
Hatilly
nie była przekonana. Szafirowe róże i księżycowe perły zachęcały swoimi
kolorami. Zychid krył w sobie egzotyczny potencjał, niczym krakenowe
lilie z Delty Węży czy trupolipany z Parethy. Rzadkie kwiaty, takie jak
ten, były słabością jej i Cazwortha.
— Wezmę zychid.
Florysta
przyjął wciśnięte mu do ręki złoto pomimo zwątpienia malującego się na
jego twarzy. Zręcznie otulił sadzonkę wilgotnym jedwabiem i podał ją
wysuwającej ręce Hatilly. Zauważyła wystające korzonki przylegające do
odłamka czegoś twardego i kredowobiałego.
— Co to?
— Zychidy przylegają do ciał obcych — odpowiedział kupiec. — Ten trzyma się kawałka kości.
Cazworth
pochylał się nad swoim zabytkowym biurkiem, przy świetle świecy notując
na marginesach swojej księgi rachunkowej. Nie podniósł wzroku, dopóki
Hatilly nie postawiła na jego biurku ceramicznej doniczki. Osobliwy
zychid, do połowy przykryty wilgotną ziemią, wydawał się szczęśliwy —
jego czerwienie i zielenie tętniły życiem.
—
Kwitnący prezent dla człowieka kwitnących interesów. — Pocałowała
Cazwortha w policzek, czując się bystra. Uśmiechnął się i obrócił, aby
przyjrzeć się okazowi.
— Kiedy powiedziałaś, że
potrzebujesz kwiatów, które ożywiłyby to miejsce, od razu założyłem, że
będą barwne. — Cazworth dźgnął roślinę swoim piórem. — Kim jest ten
interesujący koleżka?
— Niezwykle ekstrawagancki
prezent z okazji otwarcia punktu najnowszego dostawcy handlowego w
górnej Kumangrze… Egzotycznych Towarów Cazwortha.
Cazworth posadził żonę na swoim kolanie.
— Cóż, jeśli to faktycznie taki rarytas, to czeka nas prawdziwa atrakcja.
Pocałował ją czule. Pojedynczy płatek rozwinął się, otwierając się na ciemniejące pomieszczenie.
— Zaczyna się — powiedziała Hatilly. — Będziesz pracował całą noc?
—
Prawdopodobnie tak. Mam jeszcze trochę rachunków do zatwierdzenia —
partnerzy nadal mają wątpliwości związane z morskimi szlakami
handlowymi…
Hatilly ziewnęła.
— Nie chcę cię zanudzać, najdroższa żono. Zmykaj do łóżka. Obudzę cię, kiedy zacznie rozkwitać.
— Dziękuję ci, kochany mężu.
Hatilly obudziło coś pełzającego po jej kostce.
Tak
blisko dżungli przeklęte biegające mrówki były wszędzie. Strząsnęła ją z
nogi. Mrugając, zaspana, obróciła się do pustej poduszki obok. Cazworth
nie przyszedł do łóżka.
Uporczywy owad nie
zniechęcił się i wspinał dalej po jej piszczeli. Zsunęła pościel i
zobaczyła, że to wcale nie insekt, tylko pnącze wplatające się w jej
palce, owijające wokół kostki i oplatające nogę.
Senność momentalnie ustąpiła panice.
Kopnęła,
ale zielone i czerwone pnącza nie puściły jej nogi. Zacisnęły się,
wżynając się w skórę. Oderwała je paznokciami. Jej ręce krwawiły,
poranione ciernistymi drzazgami.
Zdradliwe łodygi
wiły się spod drzwi komnaty sypialnej w kierunku łóżka, a następnie
wspinały się po jego ramie za pomocą wypuszczanych korzonków.
Natychmiast pomyślała o Cazworcie.
Uzbrojona w
migoczącą latarnię i parę nożyczek krawieckich, Hatilly podążyła za
pnączami ciągnącymi się przez korytarz ich posiadłości. Ich obwód
zwiększał się, im bardziej zbliżała się do źródła. W końcu zobaczyła, że
początek znajduje się w gabinecie Cazwortha.
Musiała
próbować kilka razy, zanim zdołała otworzyć drzwi. Hatilly nie
wiedziała, czego się spodziewać, ale na pewno nie spodziewała się tego.
Pokój
był wypełniony roślinnością od podłogi po sufit. W świetle jej latarni
migotała feeria barw. Egzotyczne bulwy zwisały ze ścian, a ich
przypominające palce liście falowały, jak gdyby oddychały. Kwiaty
zdawały się kpić z niej w ciemności, świecąc swoimi kolorowymi płatkami
niczym ognie sygnałowe. Wszystko wyrastało z pojedynczego mrocznego
centrum: ogromnego zamkniętego pąka, który spoczywał na kanapie przy
kominku. W tym miejscu Hatilly często czytała, kiedy Cazworth pracował.
Naokoło leżały rozsypane resztki ceramiki i ziemia. Zychid przerósł
swoje siedlisko.
Z jego pulsujących płatków
wyrastała cała masa wypustek. Rozum podpowiadał Hatilly, że powinna
uciec z domu, podłożyć ogień i spalić cały ten paskudny bukiet. Ale nie
bez Cazwortha. Pnącza owinęły się wokół nóg krzesła, wokół nóg biurka,
wokół nóg…
Jej męża.
Cazworth
nadal siedział na swoim krześle, był jednak od stóp do głów zawinięty w
kokon z ciasno poskręcanych liści. Hatilly sięgnęła w jego stronę,
ślizgając się bosymi stopami po porośniętej podłodze. Gorączkowo cięła
duszące pnącza, ale każde ciachnięcie nożyczek powodowało tylko, że
zaciskały się mocniej i kłuły ją i jej męża niewielkimi cierniami.
Pojawiła się krew. Tam, gdzie spadały jej krople, kwiaty zychida
wystrzeliwały, aby się pożywić.
Hatilly uwolniła jedną dłoń Cazwortha — była blada i zimna w dotyku.
Powietrze
wypełnił fetor przypominający zapach gnijących zwłok. Ze łzami w oczach
odwróciła głowę w kierunku kanapy, na której pączek zychida zaczął
rozkwitać.
Fetor robił się coraz gorszy. Hatilly
poczuła odruch wymiotny. Ogromne płatki odchyliły się do tyłu w
kolorowych warstwach, odsłaniając podłużne płatki w kolorze szkarłatu i
głębokiej zieleni, z czarnymi czubkami. Na miejscu pręcika znajdowała
się kobieta. Jej włosy były czerwone jak krew. Jej ciało przypominało
liście. Pnącza i płatki oplatały ją, dodając jej zabójczego piękna.
Otworzyła oczy. Przypominały Hatilly panterę, z jej wąskimi źrenicami
skupionymi na ofierze.
Kobieta, która wykwitła z rośliny, wstała.
Hatilly chwyciła nożyczki jak sztylet.
— Już chcesz mnie przystrzyc? — spytała istota, a jej głęboki głos kusił Hatilly.
— Czym ty jesteś?
— Kwiatem, który tak chciałaś zobaczyć.
Zapach się zmienił. Fetor śmierci zniknął.
Hatilly
wciągnęła słodką woń. Poczuła kwiaty pomarańczy, szafirowe róże,
owocowy zapach krakenowych lilii, piżmowe księżycowe perły i delikatną
nutę wisterii. Poczuła też aromaty tajemniczych kwiatów, których nazwy
nagle znała — pachniały kolorami, których jej oczy nigdy nie widziały. W
jej głowie pojawiło się imię…
Zyra.
—
Dziękuję ci za wspaniały ogród — powiedziała Zyra, wskazując ruchem
głowy zwłoki Cazwortha. — Dobrze o mnie dbałaś, ale potrzebujemy więcej
pożywienia. Glebę tutaj trzeba… użyźnić.
Hatilly
zobaczyła wizję świata pokrytego bukietem pełnej kolorów śmierci.
Występowała we wszystkich odcieniach, delikatna i zwiewna, dusząc całe
miasta. Nie było żadnych grobów, wojny ani pieniędzy… Hatilly zaparło
dech w piersi. Nie poczuła nawet ciągnących ją pnączy ani cierni
zagłębiających się w jej ciele, rozrywających jej skórę, rozlewających
krew.
— Wejdź do ogrodu, który rośnie wiecznie… —
wyszeptała Zyra spośród płatków i łodyg. — Śmierć rozkwita, a nie chcesz
przegapić atrakcji, prawda?
Hatilly nie odpowiedziała. Była wśród kwiatów.
Echa zamierzchłych czasów
Autor: Anthony Reynolds
*Tworzyła
się pod nim coraz większa kałuża krwi — jasny szkarłat na tle
nieskazitelnej bieli kamienia. Tuż obok leżał jego miecz ze złamanym
ostrzem. Naokoło stali jego zabójcy, niczym cienie na skraju pola
widzenia, lecz dostrzegał tylko ją.*
*Wpatrywała
się w jego oczy, nie widząc. Zobaczył odbicie swojej pochlapanej krwią
twarzy. Leżał na boku. Jego płytki oddech coraz bardziej słabł.*
*Bezwładna
ręka kobiety była zimna, lecz i tak nic nie czuł. Ogarnął go spokój,
spowił go niczym całun. Nie czuł już bólu, strachu ani wątpliwości. *
Jego okryte zbroją palce zacisnęły się na jej dłoni. Nie mógł być z nią za życia, miała ich jednak połączyć śmierć.
Po raz pierwszy od dawien dawna poczuł spokój…
— Witaj, Ledrosie — powiedział głos, którego nie powinno tu być.
Ledros… Jego imię.
Usłyszał zły, drwiący śmiech i brzęk łańcuchów.
— Nie wiem, czemu to sobie robisz, ale patrzenie, jak cierpisz, sprawia mi przyjemność.
Rzeczywistość runęła na niego jak fala przypływu, zagrażając, że go pochłonie.
Krew
pod nim miała całe wieki, była złuszczona i zbrązowiała. Kamień nie był
biały, tylko czarny i popękany. Niebo było wypełnione wzburzonymi,
ciemnymi chmurami, które od środka rozświetlały błyskawice.
I wszędzie kłębiła się Czarna Mgła.
Ona przez moment wciąż tam była. Przylgnął do niej, nie chcąc jej wypuścić.
— Kochana — szepnął, ale rozwiała się jak popiół na wietrze, a on pozostał z niczym.
Był martwy.
I uwięziony w krainie wiecznego „pomiędzy”.
Ledros wstał i podniósł to, co pozostało z jego roztrzaskanego miecza.
Wymierzył
widmową bronią w tego, który pozbawił go iluzji z pamięci. Nienawistny
duch czaił się w ciemności, świdrując go wzrokiem, a jego oczy płonęły
lodowatym ogniem. Obok, na kawałku roztrzaskanego kamienia, stała jego
przeklęta latarnia, emanując promieniami martwoświatła. W jej wnętrzu
wiły się uwięzione dusze.
Strażnik Łańcuchów. Thresh.
Och, jakże go nienawidził.
Przeklęty duch nękał go od niepamiętnych czasów, szydząc z niego. A teraz udało mu się dotrzeć tutaj?
To było jego schronienie — jedyne miejsce, w którym mógł choćby przez
chwilę odetchnąć, zanim dała o sobie znać przerażająca rzeczywistość.
—
Dlaczego tu jesteś? — stanowczo zapytał Ledros. Jednak jego głos był
przytłumiony, jakby dochodził z oddali lub z innego czasu.
— Całkiem długo nie można było cię odnaleźć — powiedział Thresh. — Całe miesiące. Być może lata. Przestałem liczyć.
Ledros opuścił ostrze i przyjrzał się otoczeniu.
Pamiętał,
jak niegdyś wyglądało to miejsce — białe kamienie i lśniące złoto
skąpane w słońcu. Wyspy oplatała biała mgła, chroniąc je przed obcymi.
Gdy dopłynęli tu po raz pierwszy, wydawało się, że bogowie umiłowali tę
ziemię — było to miejsce bogactwa, wiedzy i cudów, nietknięte przez głód
czy wojnę. To tylko ułatwiło sprawę. Nie napotkali wielkiego oporu.
Teraz
nie docierało tu słońce. Wszystko tonęło w mroku. Wisiały nad nim
roztrzaskane pozostałości biblioteki. Przypominały wielkie wysuszone
zwłoki. Odłamki kamieni unosiły się w powietrzu, jakby w wyniku wybuchu
zostały wyrzucone na zewnątrz i utknęły w czasie. Był głupcem, skoro
myślał, że bogowie umiłowali to miejsce, gdyż najwyraźniej je opuścili.
Za
każdym razem wyłaniał się z nieukształtowanego obłędu Czarnej Mgły i
ponownie przybierał postać właśnie tutaj, gdzie tak dawno temu upadło
jego śmiertelne ciało. Za każdym razem było tak samo. Nic się nie
zmieniło.
Jednak czekała na niego niespodzianka. Nie było to nic miłego.
Z przyzwyczajenia sięgnął po naszyjnik, który zawsze miał na szyi… jednak tym razem go nie znalazł.
— Nie… — Ćmiące się w nim trupoświatło rozbłysło w przypływie paniki.
— Taka ładna ozdóbka… — powiedział Thresh.
Ledros
gwałtownie obrócił głowę, a jego oczy płonęły. Thresh trzymał w górze
krótki łańcuszek. Zwisał z niego delikatny, srebrny wisior, na którym
wygrawerowano dwie róże z liśćmi i łodygami splatającymi się ze sobą
niczym tulący się do siebie kochankowie.
Ledros
poczuł wzbierający w nim gniew, nagły i gorący, a gdy zrobił krok w
stronę Thresha, jego miecz rozbłysnął. Za życia był postawnym mężczyzną
pełnym gniewu i zapalczywości — bądź co bądź walczył w imieniu króla.
Górował nad Threshem.
— To… należy… do mnie — wysyczał Ledros.
Strażnik
Łańcuchów nie uciekł przed nim tak jak pomniejsze duchy. Trudno było
cokolwiek odczytać z jego trupiej twarzy, jednak w oczach Thresha można
było dostrzec okrutne rozbawienie.
— Jesteś
wynaturzeniem, Ledrosie — powiedział, wciąż kołysząc wisiorkiem. —
Niektórzy powiedzieliby to o nas wszystkich, ale ty jesteś inny.
Wyróżniasz się. Tutaj ty jesteś anomalią.
— Oddawaj to — warknął Ledros, gotowy do użycia broni. — Rozprawię się z tobą.
—
Mógłbyś spróbować — powiedział Thresh. Mówił łagodnie, ale jego oczy
płonęły, łaknąc przemocy. Westchnął. — Ale to nic nam nie da. Proszę.
Jest twój. Nic dla mnie nie znaczy.
Odrzucił
przedmiot lekceważącym ruchem. Ledros chwycił go w czarną rękawicę z
szybkością, która zdawała się przeczyć jego rosłej posturze, i otworzył
ogromną pięść, by obejrzeć naszyjnik. Był nienaruszony.
Ledros
schował miecz do pochwy i zdjął pokryty kolcami hełm. Jego twarz była
niematerialnym, upiornym cieniem tego, jak wyglądał za życia. Zimny
wiatr smagał uschnięty krajobraz, ale Ledros nie czuł tego.
Zarzucił swój cenny naszyjnik na szyję i z powrotem założył hełm.
— Czy nigdy nie masz ochoty skończyć z tą paskudną egzystencją, Strażniku Łańcuchów? — zapytał. — Wreszcie zyskać spokój?
Thresh pokręcił głową, śmiejąc się. — Mamy to, czego śmiertelnicy pragnęli od niepamiętnych czasów —wieczność.
— Która robi z nas więźniów.
Na
twarzy Thresha pojawił się uśmieszek. Duch odwrócił się, pobrzękując
łańcuchami i hakami zwisającymi z jego pasa. Latarnia sunęła obok niego,
choć nawet jej nie dotykał.
— Uczepiłeś się
rozpaczliwie przeszłości, która przesypuje ci się przez palce niczym
piasek w klepsydrze — powiedział Thresh. — A jesteś obojętny na cudowny
dar, jaki otrzymaliśmy. Staliśmy się dzięki niemu bogami.
— To przekleństwo — wysyczał Ledros.
—
Uciekaj więc, mistrzu miecza — odparł Thresh, lekceważąco machając
ręką. — Odszukaj swoją lubą. Może tym razem nawet będzie cię pamiętać…
Ledros zamarł w bezruchu i zmrużył oczy.
— Powiedz — zapytał Thresh — przed czym właściwie chcesz ją uratować? Przecież ona nie wydaje się cierpieć. Jednak ty…
— Ryzykownie sobie pogrywasz, strażniku — warknął Ledros.
— Robisz to ze względu na nią? Czy na siebie?
Thresh już wcześniej wypowiadał się w podobny sposób. Zdawało się, że postawił sobie za cel drwienie z wysiłków Ledrosa.
— Nie jestem jedną z twoich zabawek, strażniku — odpowiedział Ledros. — Nie popełniaj błędu, myśląc, że możesz się mną zabawiać.
Thresh uśmiechnął się, odsłaniając drapieżne, przywodzące na myśl rekina zęby.
— Oczywiście — odpowiedział.
Thresh
przyzwał gestem dłoni latarnię. Szybko się przemieściła i zawisła tuż
pod jego wyciągniętą, zakończoną szponami dłonią. W martwoświetle
latarni Ledros dostrzegł udręczone twarze, które lgnęły do ścian swojego
więzienia, by po chwili ustępować miejsca innym, tworząc przerażającą
paradę nękanych dusz. Thresh uśmiechnął się, napawając się ich bólem.
— Nie zależy mi na zadawaniu ci cierpienia — powiedział. — Sam sobie to robisz.
Strażnik Łańcuchów wszedł w mrok, pozostawiając Ledrosa całkiem samego.
Po zniszczonym mieście szalał dudniący wiatr, lecz Ledros nie czuł tego.
Czuł jedynie ją.
Polowała.
Ledros wszedł w mgłę, pozwalając, by przepływała przez niego. Następnie zaczął się przemieszczać.
Czarna
Mgła wirowała wokół niego, pełna nienawiści, gniewu i strachu, ale on
pozostał odrębny, zachowując poczucie własnego ja. Był do niej
przyciągany niczym ćma do świecy i równie obojętny na zagrożenie. Mknął
przez to, co kiedyś było Błogosławionymi Wyspami, szybując nad
wynędzniałymi ziemiami i wzburzonymi wodami cieśnin, które je dzieliły.
Gdziekolwiek Czarna Mgła sięgała — po omacku, nie przestając szukać —
tam był w stanie dotrzeć. To było ich pozbawione słońca więzienie.
Wabiła go jej paląca obecność w głębi mroku. Była blisko. Czując jej bliskość, jeszcze raz opuścił mgłę.
Stał
w poczerniałym lesie. Drzewa uschły i obumarły, a ich gałęzie popękały z
braku wody. We wspomnieniu wiatru znacznie delikatniejszego niż zimny
wicher wyjący teraz w martwym lesie usłyszał wątły szelest liści, które
już dawno opadły na ziemię.
Wyczuł ruch między drzewami. Gdy zaczął iść w jego stronę, ciężkie buty chrzęściły na poczerniałej ziemi.
Do
lewej ręki miał przymocowaną żelazną tarczę, choć nie pamiętał, kiedy
ją tam przytwierdził. Dobył miecza. Skóra oplatająca rękojeść już dawno
zgniła i choć ostrze zostało złamane kilkadziesiąt centymetrów nad
jelcem, wciąż można było dostrzec widmowy, świecący lekko zarys całej
klingi. Roztrzaskana i skorodowana przez te wszystkie lata broń była
cieniem swojej dawnej świetności. Stanowiła podarunek od samego króla,
pochodziła z czasów, gdy jego monarcha zasługiwał na szacunek i
uwielbienie.
Ziemia w tym miejscu stromo opadała,
ale trzymał się wysokiego grzbietu górskiego pokrytego wystającymi
kamieniami i poskręcanymi korzeniami. Widział ich już — niewyraźne duchy
na widmowych wierzchowcach galopujących przez znajdujący się pod nim
wąwóz. Lawirując między drzewami, mknęli na wschód, w stronę słońca,
które już nigdy nie miało wzejść nad tymi ziemiami.
Poruszali się niczym jedno ciało, niczym oddział myśliwych… a jednak to na nich polowano.
Ledros zaczął biec, dotrzymując im tempa.
Między drzewami poniósł się echem głos.
— Przyszliśmy po was, zdrajcy…
Właściwie
było to wiele dźwięków stanowiących całość — nakładały się na siebie
chmary przemawiających w tej samej chwili dusz. Najsilniejszy z nich
znał bardzo dobrze.
Ledros zwiększył tempo, biegnąc
szybko tuż przy ziemi. Przemieszczający się niżej jeźdźcy musieli
lawirować między ogromnymi formacjami skalnymi i pniami niezwykle
starych, uschniętych drzew. Spowalniało ich to, a on mógł biec po
stosunkowo równej powierzchni. Szybko znalazł się przed ściganymi przez
siebie duchami.
Ledros gwałtownie skręcił,
przeskakując nad krawędzią urwiska. Wylądował przykucnięty około
dziesięciu metrów poniżej, a ziemia pękła pod jego stopami.
Stał w wąskim wąwozie, którego kontury stworzyły coś na kształt naturalnego korytarza. Jeźdźcy będą musieli tędy przejechać.
Czekał na nich z wyciągniętą bronią.
Pojawił
się pierwszy z jeźdźców. Jechał galopem i stanowił połączenie ducha i
poskręcanego metalu — plugawą parodię niegdyś dumnych rycerzy Żelaznego
Zakonu. Ledros uważał ich teraz za nic więcej niżli pełne nienawiści
cienie mężczyzn, którymi niegdyś byli.
W pokrytej
plecionką kolczą dłoni rycerz trzymał ciemną, wyszczerbioną i
wykrzywioną na końcu kopię, a z jego hełmu wystawały wielkie poskręcane
rogi. Gdy zobaczył Ledrosa, gwałtownym szarpnięciem skierował konia w
bok, sprawiając, że zwierzę zawarczało i plunęło. Jego kopyta były
spowite cieniem i zdawały się w ogóle nie dotykać ziemi.
Czy Ledros zabił już kiedyś tego rycerza? Czy był to jeden z tych, którzy przeżyli jego furię i jemu zadali śmierć?
Pojawili się pozostali jeźdźcy, gwałtownie ściągając wodze.
— Odsuń się, szermierzu — wysyczał jeden z nich.
— Nie szukamy z tobą zwady — dodał drugi.
— Spór między nami będzie trwać do końca czasu — warknął Ledros.
— Jak chcesz — rzucił kolejny z rycerzy śmierci. — Staranować go!
— Nie powinniście byli się zatrzymywać — powiedział Ledros, uśmiechając się złowrogo. — To był błąd.
Jeden
z rycerzy runął z siodła po przeszywającym ciosie świecącą włócznią.
Jego wierzchowiec zamienił się w dym, gdy upadł na ziemię. Rycerz
krzyknął, znikając w nicości, skazany na ponowne zanurzenie się w
Czarnej Mgle. Żaden z duchów nie przenosił się w mrok dobrowolnie.
— Jest tutaj! — ryknął przywódca jeźdźców, obracając wierzchowca w stronę nowego zagrożenia.
Wśród pozostałych zapanowało zamieszanie. Byli rozdarci między pragnieniem dalszej walki i chęcią ucieczki w popłochu.
Lepiej by wyszli na próbie staranowania go. Być może kilku z nich zdołałoby uciec. Po starciu z nią wszyscy wrócą we mgłę.
Kolejny jeździec został zrzucony z siodła przez włócznię, która wyleciała z mroku i trafiła go w pierś.
Wtedy się pojawiła. Wyskoczyła z mgły jak lwica na polowaniu, a jej oczy płonęły drapieżnym ogniem.
Kalista.
Wzrok
Ledrosa natychmiast przyciągnęły eteryczne groty włóczni, które
wystawały zza jej pleców. Poczuł ukłucie w samym sercu swojego istnienia
— tak ostre jak broń, która pozbawiła go życia.
Kalista
parła naprzód, trzymając w dłoni widmową włócznię. Rzucił się na nią
jeden z rycerzy, obniżywszy zakończoną hakiem kopię, ale przewrotem
uniknęła ataku. Opadła na jedno kolano, cisnęła włócznię i przebiła
rycerza, który przejechał za nią. Już w trakcie rzutu przemieszczała się
w stronę kolejnego wroga.
Zacisnęła dłoń, w której zmaterializowała się nowa broń.
Ktoś
wykonał błyskawiczny cios mieczem, ale Kalista uniknęła go zręcznie,
odbijając ostrze drzewcem włóczni, a następnie pochylając się, uniknęła
młócących kopyt wierzchowca, na którym jechał rycerz. Odbijając się od
poczerniałego kamienia, przekręciła się w powietrzu i wbiła włócznię w
pierś napastnika, posyłając go w ciemność. Opadła na ziemię, zachowując
idealną równowagę i wpatrując się w kolejną ofiarę.
Za życia Ledros nigdy nie poznał kobiety równie silnej jak Kalista. Po śmierci była nie do zatrzymania.
Podczas
gdy pozostali skupiali się na Kaliście, dwóch rycerzy natarło na
Ledrosa, poniewczasie próbując uciec metodycznej rzezi. W ostatniej
chwili uskakując w bok, Ledros uderzył wierzchowca pierwszego z nich
tarczą, przewracając wywijające kopytami widmowe zwierzę na ziemię i
wyrzucając jeźdźca z siodła.
Kopia drugiego rycerza
ugodziła Ledrosa w bok, przebiła zbroję i złamała się w połowie
długości, jednak poszkodowany zdołał utrzymać się na nogach, obrócić się
i ciąć mieczem. Trafił w szyję wierzchowca. Był to cios, który
pozbawiłby zwierzę głowy, gdyby wciąż posiadało ono ciało i kości.
Zamiast tego rozpadło się w nicość, wydając z siebie żałosny skowyt.
Jeździec padł na ziemię.
Gdy wojownik widmo się
podnosił, Ledros trafił go potężnym ciosem tarczą w plecy i cisnął
prosto na grot włóczni Kalisty. Było to jej polowanie i jej zabójstwo.
Ledros włożył broń do pochwy i przyglądał się, jak zabójczyni rozgramia resztę duchów.
Wysoka
i szczupła Kalista była w ciągłym ruchu. Jej wrogowie należeli niegdyś
do zakonu, którego członkowie słynęli z niezrównanych umiejętności
walki, ale z łatwością poruszała się między nimi, uskakując przed
pchnięciami kopią i ciosami mieczem. Rozprawiała się z nimi jeden po
drugim.
Wreszcie było po wszystkim, a na pobojowisku zostali tylko Kalista i Ledros.
— Kalisto? — powiedział.
Spojrzała
na niego, ale w jej oczach nie można było dostrzec nic, co by
wskazywało, że go rozpoznała. Miała srogi wyraz twarzy, tak jak to było
zawsze za życia. Zmierzyła go chłodno nieruchomym wzrokiem.
— Jesteśmy Włócznią Zemsty — odparła głosem, który nie był tylko jej własnym.
— Jesteś Kalistą, Włócznią Srebrnego Tronu — powiedział Ledros.
Wiedział doskonale, co mu odpowie, zanim otworzyła usta. Za każdym razem było tak samo.
— Jesteśmy karą — powiedziała Kalista. — Złóż przysięgę lub przepadnij.
— Byłaś siostrzenicą króla, któremu służyłem za życia — odpowiedział Ledros. — Poznaliśmy się… niegdyś.
Kalista przyglądała mu się przez chwilę, po czym odwróciła się i odeszła.
— Nasze zadanie jest niedokończone — powiedziała, nie spoglądając za siebie. — Zdrajcy poznają smak naszego gniewu.
— Nigdy
nie zdołasz dokończyć swojego zadania — odparł Ledros, przyspieszając,
żeby dotrzymać jej kroku. — Utknęłaś w samonakręcającej się spirali!
Przyszedłem ci pomóc.
— Winni muszą zostać ukarani — powiedziała Kalista, idąc dalej między drzewami.
— Pamiętasz to,
prawda? — odparł Ledros, wyciągając naszyjnik. Na moment się zawahała,
jak zawsze. Ledros odkrył, że to był jedyny sposób, by przedrzeć się
przez jej niepamięć, choćby tylko na chwilę. Musiał tylko ustalić, jak
można tę chwilę przedłużyć…
Kalista zatrzymała
się, przechylając głowę i patrząc na delikatny naszyjnik. Sięgnęła po
niego, ale powstrzymała się, zanim go dotknęła.
— Kiedyś próbowałem ci go dać — powiedział Ledros. — Odmówiłaś.
W jej oczy wkradła się niepewność.
— My… Pamiętam… — powiedziała.
Spojrzała na niego — i naprawdę go zobaczyła.
—
Ledrosie — rzekła. Mówiła teraz własnym głosem i przez moment była
kobietą, którą pamiętał. Kobietą, którą kochał. Jej rysy ledwo
dostrzegalnie złagodniały. — Nie mogłam ci dać tego, czego oczekiwałeś.
— Rozumiem — odparł Ledros — nawet jeśli nie rozumiałem tego wtedy.
Kalista
rozejrzała się, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, gdzie
się znajduje. Spojrzała na swoje ręce, które świeciły od środka i były
niematerialne jak dym. Ledros ujrzał w jej twarzy konsternację, a
następnie ból. Rysy Kalisty stężały.
— Nie powinnam była go tu sprowadzać — powiedziała. — Tego wszystkiego można było uniknąć.
—
To nie była twoja wina — powiedział Ledros. — Wiedziałem, że pochłonęło
go szaleństwo. Mogłem zakończyć to wszystko wcześniej. Nikogo nie
zaniepokoiłaby jego śmierć. Nikt by po nim nie płakał.
— Nie zawsze taki był — powiedziała Kalista.
— Zgadza się, ale mężczyzna, którego znaliśmy, umarł na długo przed tym — odrzekł Ledros, zataczając dłonią krąg.
— Musimy dokończyć nasze zadanie.
Rozbudziła się w nim nadzieja. To było nieznane uczucie.
— Cokolwiek masz na myśli, dokończymy to wspólnie, tak jak… — powiedział, ale urwał w pół zdania, gdy zrozumiał swój błąd.
Lodowata maska opadła na twarz Kalisty, która odwróciła się i odeszła. Ledrosa sparaliżowała rozpacz.
Znów mu się nie udało, tak jak wiele razy wcześniej.
Przypomniał
sobie, jak w pierwszych latach po Zrujnowaniu tropił duchy tych, którzy
doprowadzili do jej śmierci, przekonany, że zgładzenie ich ją uwolni.
Nie uwolniło. Spędził niezliczone lata, starając się osiągnąć ten cel,
ale jego wysiłki spełzły na niczym.
Przypomniał
sobie, jak powalił tego aroganckiego kapitana kawalerii, Hecarima,
odrąbując jego głowę i posyłając go z powrotem we mgłę. To on zadał
Kaliście ostatni, śmiertelny cios. Ledros od dawna nie szczędził
wysiłków, by doprowadzić do jego upadku. Wielokrotnie ze sobą walczyli,
gdy mijały lata, dekady i wieki, a niewidoczne gwiazdy krążyły ponad ich
głowami. Jednak Hecarim miał niezłomną wolę, więc, rzecz jasna, wracał z
Czarnej Mgły, i za każdym razem był coraz potworniejszym przeciwnikiem.
Tak
czy inaczej, nic to nie zmieniło. Kalista przepadała coraz bardziej,
pochłaniając mściwe duchy śmiertelników, którzy oddali się w jej ręce w
zamian za pomoc w rozprawieniu się z tymi, którzy ich zdradzili.
Pewnego
razu doprowadził do spotkania między Kalistą i Hecarimem. Wyczyn ten
wymagał wcześniejszego zabicia dziesiątek pomniejszych ofiar. Uważał, że
to spotkanie było kluczem, by raz na zawsze ją uwolnić, więc bardzo się
ucieszył, gdy zobaczył potężne ciało Hecarima, a raczej potwora, który z
niego pozostał, przebite kilkunastoma włóczniami… Lecz wygnanie go w
mrok nic nie dało. To była jedynie chwilowa satysfakcja.
Nic się nie zmieniło.
Mógł zapisać na swoim koncie kolejne niepowodzenie.
W
pewnym momencie rozpacz popchnęła go ku samozagładzie. Wyrazistość
jedynego wschodu słońca, jaki widział, odkąd w jego żyłach przestała
płynąć krew, paliła go, a jego niematerialne ciało ulatniało się jak
para. Wina z powodu porzucenia Kalisty nie przestawała go dręczyć, ale
ta agonia sprawiała mu radość — ośmielał się wierzyć, że dozna
uwolnienia.
Jednak nawet próba zapadnięcia się w nicość zakończyła się fiaskiem i raz jeszcze został skazany na obłęd Czarnej Mgły.
Wszystkie chwile poprzedzające wygnanie scaliły się w niekończącą się kawalkadę grozy i niepowodzenia.
Wył,
gdy czarodziej o fioletowej skórze posyłał go z powrotem w mrok,
rozdzierając go za pomocą magii runicznej. Dziką rozkosz, którą czuł,
kiedy dołączał do rzezi na ulicach gnijącego miasta portowego
opanowanego przez Czarną Mgłę, zastąpił nagły ból towarzyszący
rozszarpywaniu w nicość przez wiarę miejscowych wiedźm.
Śmiał
się, gdy miecz przebijał go na całą swoją długość, ale rozbawienie
Ledrosa zmieniło się w agonię, gdy ostrze wybuchło światłem palącym z
siłą słońca.
Raz za razem był skazywany na powrót
do koszmaru Czarnej Mgły, ale zawsze pojawiał się znowu. Zawsze powracał
na ziemię uwięzioną w zastoju, budząc się w tym samym miejscu, w taki
sam sposób.
Istota o słabszej woli już dawno
uległaby szaleństwu, tak jak było w przypadku bardzo wielu duchów. Ale
nie on. Niepowodzenia go nie opuszczały, ale jego wola była jak z
żelaza. Niezłomna determinacja, by ją uwolnić, utrzymywała go przy
zmysłach. To ona sprawiała, że nie przestawał powracać.
Teraz Ledros patrzył, jak Kalista mu się wymyka, zdecydowana kontynuować swoją nieustającą misję.
Opanowywała go postępująca melancholia. Czy to wszystko było na nic?
Czy Thresh miał rację? Czy próba zawrócenia jej ze ścieżki wymierzania kary była samolubna?
Lunatykowała
w tym koszmarze, nieświadoma jego prawdziwych potworności. Czy
podziękowałaby mu, gdyby ją zbudził? Może by nim wzgardziła, chcąc, żeby
ją zostawił w spokoju.
Ledros pokręcił głową,
starając się pozbyć tej podstępnej myśli, a obraz Thresha —
uśmiechniętego, drapieżnego — pojawił się w jego głowie.
— Zostaw mnie w spokoju — warknął i przeklął zjawę.
Nagle przyszedł mu do głowy nowy pomysł, odsuwając na bok wątpliwości i strach. Przecież było coś, czego do tej pory nie próbował, nad czym nawet się nie zastanawiał.
— Kalisto — zawołał.
Nie zwróciła na niego uwagi i szła dalej, nie zwalniając tempa.
Ledros poluzował pas miecza i rzucił go na ziemię wraz z pochwą. Nie będzie go już potrzebował.
— Zdradziłem cię — zawołał.
Zatrzymała się, obracając gwałtownie głowę i wbiła w niego nieruchome spojrzenie.
—
Powinienem był zacząć działać, jak tylko otrzymałem rozkaz —
kontynuował Ledros. — Wiedziałem, że Hecarim potrzebował dowolnej
wymówki, żeby się ciebie pozbyć. Zawsze byłaś ulubienicą króla. Wszystko
potoczyło się błyskawicznie, ale powinienem był działać jeszcze
szybciej. Mogliśmy się z nimi zmierzyć, wzajemnie się chroniąc. Mogliśmy
się przez nich przedrzeć i wspólnie zyskać wolność! Zdradziłem cię
swoją bezczynnością, Kalisto. Zawiodłem cię.
Kalista zmrużyła oczy.
— Zdrajca… — zaintonowała.
W jej dłoni pojawiła się eteryczna włócznia i zaczęła zdecydowanym krokiem iść w jego stronę.
Gdy
puściła się na niego biegiem, Ledros odczepił swoją tarczę i odrzucił
ją na bok. Rozłożył szeroko ręce, gotowy na przyjęcie tego, co miało
nastąpić.
Przebiła go pierwsza włócznia, odpychając w tył.
Naprawdę ją zdradził. Kochał ją, choć mówił o tym na głos tylko w samotności, pod osłoną nocy…
Przebiła go druga włócznia, ciśnięta z ogromną siłą. Zatoczył się, ale zdołał utrzymać się na nogach.
Nie zrobił nic, by powstrzymać jej śmierć. To on był jej prawdziwym zdrajcą.
Przeszyła go trzecia włócznia i tym razem opadł na kolana. Uśmiechał się, choć opuszczała go siła.
Tak, o to chodziło. To wreszcie uwolni ją z tej potwornej, niesłabnącej lawiny przemocy. Był tego pewien.
— Zakończ to — powiedział, spoglądając na nią. — Zakończ to i bądź wolna.
Przez
chwilę wpatrywali się w siebie — dwoje nieumarłych duchów, w których
niematerialnych ciałach krążyła nieśmiertelna energia. Ledros czuł w tym
momencie tylko miłość. Miał ją przed oczami taką, jaką była za życia —
królewską, piękną, silną.
— Śmierć wszystkim zdrajcom — powiedziała i przebiła go.
Obraz
przed oczami Ledrosa zafalował, gdy ten zaczął się rozpadać, ale zdołał
jeszcze dostrzec zmianę na twarzy Kalisty. Jej beznamiętna maska opadła
i zastąpiło ją pogłębiające się przerażenie.
— Ledrosie? — powiedziała własnym głosem.
Jej rozszerzone oczy zdawały się wypełniać połyskującymi łzami. Podbiegła do Ledrosa, gdy upadał.
— Co ja zrobiłam? — wyszeptała.
Chciał ją uspokoić, ale nie zdołał wykrztusić ani słowa.
Zrobiłem to dla ciebie.
Wchłonęła go ciemność i sięgnęły po niego macki mgły.
Kalista
pochyliła się, by go pocieszyć, ale jej palce przeszły przez
rozpływające się ciało. Jej usta się poruszały, ale Ledros nie zdołał
niczego dosłyszeć w obłędnym jazgocie Czarnej Mgły.
Jego
zbroja spadła na ziemię i zamieniła się w pył, podobnie jak jego miecz.
Obezwładniało go przerażenie, ale chętnie mu się poddał.
Dostrzegł
niewyraźne, blade widmo Thresha, który przyglądał się z cienia ze swoim
niezmiennym, wygłodniałym uśmiechem. Ale nawet niepożądana obecność
Strażnika Łańcuchów nie mogła popsuć chwili zwycięstwa Ledrosa.
Zrobił to. Uwolnił ją.
Było po wszystkim.
Ślepe, całkowicie obezwładniające przerażenie.
Paląca, niepohamowana wściekłość.
Porażający, dławiący strach.
A w tle nienasycony głód — pragnienie posilania się ciepłem życia i wciągania coraz większej liczby dusz w mrok.
Ta kakofonia była ogłuszająca — niezliczone rzesze krzyczących, dręczonych dusz, które kłębiły się we wspólnym cierpieniu.
To była Czarna Mgła.
I tylko najsilniejsze dusze mogły wyrwać się z jej szponów. Tylko te, które miały jakieś niedokończone sprawy.
*Tworzyła
się pod nim coraz większa kałuża krwi — jasny szkarłat na tle
nieskazitelnej bieli kamienia. Tuż obok leżał jego miecz ze złamanym
ostrzem. Naokoło stali jego zabójcy, niczym cienie na skraju pola
widzenia, lecz dostrzegał tylko ją.*
*Wpatrywała
się w jego oczy, nie widząc. Zobaczył odbicie swojej pochlapanej krwią
twarzy. Leżał na boku. Jego płytki oddech coraz bardziej słabł.*
*Bezwładna
ręka kobiety była zimna, lecz i tak nic nie czuł. Ogarnął go spokój,
spowił go niczym całun. Nie czuł już bólu, strachu ani wątpliwości. *
Jego okryte zbroją palce zacisnęły się na jej dłoni. Nie mógł być z nią za życia, miała ich jednak połączyć śmierć.
Po raz pierwszy od dawien dawna poczuł spokój…
Nie. Coś było nie tak.
Rzeczywistość wdarła się z powrotem.
Nic
z tego nie było prawdziwe. To było echo zamierzchłych czasów,
pozostałość po bólu towarzyszącym jego śmierci sprzed setek żywotów.
Na szczęście w pobliżu nie było Strażnika Łańcuchów, który mógłby z niego zadrwić.
Jak
długo trwało to tym razem? Nie sposób było ustalić. To mogły być całe
dekady lub zaledwie kilka minut — nie miało to większego znaczenia. Nic
się nie zmieniło w tej potwornej krainie zastoju.
Wtedy
sobie przypomniał i poczuł przypływ nadziei. Nie było to znajome
doznanie, ale rozkwitło jak pierwszy pąk, który po deszczu rozwija się
na pozornie obumarłym drzewie.
Obrócił się i ją zobaczył. Przez chwilę poczuł radość — prawdziwą radość. Znowu była sobą i przyszła do niego!
Wtedy
zobaczył jej wyraz twarzy. Zimną, surową maskę i nic, co by wskazywało,
że go rozpoznała. Nadzieja w jego sercu uschła i umarła.
Spojrzenie Kalisty przeszywało go na wylot. Stała z przekrzywioną głową, jakby nasłuchiwała czegoś, co tylko ona mogła uchwycić.
— Przyjmujemy twoją przysięgę — powiedziała, zanim się odwróciła i weszła we mgłę.
I zniknęła.
Sięgnąwszy
do niej wolą, Ledros poczuł, że Kalista jest już daleko od niego. Ktoś z
odległego kontynentu na północnym zachodzie przyzwał ją. Ktoś jeszcze
zaprzedał duszę w zamian za obietnicę zemsty przeciwko komukolwiek, kto
wyrządził tej osobie krzywdę. Nieszczęśnik nie wiedział, co go czeka.
Ledrosa wypełniły gorycz i gniew. Przeklął sam siebie i skierował nienawiść do wewnątrz.
Nie było nadziei. Teraz już o tym wiedział. Był głupcem, skoro myślał, że jest inaczej.
Była
uwięziona na całą wieczność, tak jak wszyscy pozostali. Tylko pycha i
upór sprawiały, że przez te wszystkie lata myślał, iż może uporać się z
tym jak z zagadką.
Pycha i upór — wyglądało na to, że te cechy były jego zmorą tak za życia, jak i po śmierci.
Przeklęty Strażnik Łańcuchów miał rację. Chęć uwolnienia jej była
samolubna, teraz był tego świadomy. Może i Kalista nie była sobą, ale
przynajmniej nie była dręczona tak jak on. Przynajmniej miała jakiś cel.
Ledros zerwał naszyjnik z szyi, rozrywając ogniwa jego cienkiego łańcuszka. Wrzucił przedmiot we mgłę.
Żywienie
jakiejkolwiek nadziei było głupotą. Nie mogło być mowy o spokoju,
dopóki zdjęte nie zostanie przekleństwo, które uwięziło te wyspy w swoim
cuchnącym uścisku.
— Dlatego muszę to zakończyć — powiedział Ledros.
Nicość wzywała.
Z
ciemności wyłonił się Thresh. Rozejrzał się, by się upewnić, że jest
sam. Następnie uklęknął i podniósł porzucony srebrny naszyjnik.
Głupiec
był tak blisko. O krok od odzyskania jej… Lecz teraz, po niezliczonych
stuleciach prób, porzucił swoje zadanie — kiedy już mu się powiodło.
Thresh
uśmiechnął się okrutnie. Lubił patrzeć, jak nadzieja usycha i umiera
niczym chory owoc na winorośli; jak piękny gest staje się trucizną.
Bawiło go to.
Otworzył swoją latarnię i wrzucił do niej naszyjnik. Potem na powrót wszedł w mrok i zniknął z pola widzenia.
Po pewnym czasie ucichło też brzękanie jego łańcuchów. Thresh zniknął.
Kalista Włócznia Zemsty
Za
życia Kalista była dumną panią generał i siostrzenicą króla imperium,
którego nikt już nie pamięta. Żyła wedle surowego kodeksu honorowego,
służąc tronowi z największą lojalnością. Król miał wielu wrogów, a gdy
ci wynajęli zabójcę, by go zlikwidował, czujność Kalisty zapobiegła
katastrofie.
Lecz uratowawszy króla, skazała na
potępienie jego ukochaną — sparowane ostrze zabójcy było zatrute i
przecięło rękę królowej. Wezwano najznakomitszych kapłanów i lekarzy,
lecz żaden nie potrafił usunąć trucizny z jej ciała. Dręczony żalem król
posłał Kalistę na poszukiwanie odtrutki, a Hecarim z Żelaznego Zakonu
zajął jej miejsce u jego boku.
Kalista zawędrowała
daleko, konsultowała się ze światłymi uczonymi, pustelnikami i znawcami
sztuk mistycznych… lecz bezskutecznie. Wreszcie dowiedziała się o
miejscu chronionym przed światem zewnętrznym przez migoczące, blade
mgły, którego mieszkańcy znali ponoć tajemnice życia wiecznego. Z
resztkami nadziei postanowiła wyprawić się do niemalże legendarnych
Błogosławionych Wysp.
Strażnicy stolicy, która
nosiła nazwę Helia, dostrzegli prawość zamiarów Kalisty i przedzielili
mgłę, aby mogła się bezpiecznie przeprawić. Kalista błagała ich, żeby
uzdrowili królową, i po długich naradach władcy miasta przystali na jej
prośbę. Nie było ani chwili do stracenia. Dopóki królowa oddychała,
wciąż była dla niej nadzieja w mitycznej wodzie życia. Kalista otrzymała
w podarunku talizman, dzięki któremu mogła powrócić do Helii bez
niczyjej pomocy, ale przestrzeżono ją przed dzieleniem się tą wiedzą z
innymi.
Jednakże zanim Kalista dobiła do brzegów ojczyzny, królowa już nie żyła.
Król
popadł w obłęd i zamknął się w wieży z gnijącymi zwłokami swojej żony.
Kiedy dowiedział się o powrocie Kalisty, zażądał od niej, by wyjawiła
mu, co znalazła. Jako że nigdy wcześniej go nie zawiodła, z bólem serca
przyznała, że znaleziona odtrutka na nic się nie zda. Król nie chciał w
to uwierzyć i napiętnował Kalistę jako zdrajczynię korony.
To
Hecarim przekonał ją, by powiodła ich na Błogosławione Wyspy, gdzie jej
wuj mógłby usłyszeć prawdę od samych władców miasta. Być może wtedy
zaznałby spokoju — nawet jeśli wymagałoby to pogodzenia się z odejściem
królowej i pozwolenia, by złożono ją w grobie. Kalista zgodziła, jednak
nie bez wahania.
Król zabrał zatem na morze flotę
najszybszych statków i zapłakał z radości, gdy przed jego oczami
pojawiło się lśniące miasto Helia. Napotkali jednakże nieugiętych
włodarzy miasta, którzy uniemożliwili im dalszą podróż. Trwali oni w
przekonaniu, że śmierć jest ostateczna. Oszukać ją to jak zaburzyć
naturalny porządek świata.
Król wpadł w dziki szał i
rozkazał Kaliście wyciąć w pień wszystkich, którzy im się sprzeciwią.
Ona jednak odmówiła i poprosiła Hecarima, by opowiedział się po jej
stronie… lecz on swoją włócznią przeszył jej okryte zbroją plecy.
Żelazny
Zakon dołączył do zdrady, wielokrotnie przebijając ciało konającej
Kalisty. Wybuchła brutalna walka. Podwładni Kalisty desperacko walczyli z
rycerzami Hecarima, ale było ich zbyt mało. Życie Kalisty gasło, a ona
przyglądała się, jak jej wojownicy umierają, ostatnim tchem przysięgając
zemstę…
Gdy otworzyła oczy, były one przepełnione
mroczną mocą nienaturalnej magii. Nie miała pojęcia, co się wydarzyło,
lecz Helia została przemieniona w zdeformowaną karykaturę swojego
dawnego piękna. Całe Błogosławione Wyspy zostały spowite mrokiem i
cieniem, a wszechobecne duchy zawodziły, na wieczność uwięzione w
koszmarze, jakim jest nieśmierć.
Choć Kalista
starała się zatrzymać fragmenty wspomnień o potwornej zdradzie Hecarima,
te powoli wyblakły w miarę upływu stuleci. Pozostała jedynie żądza
zemsty płonąca w jej rozdartej piersi. Kalista stała się widmem,
postacią z makabrycznych klechd, często przyzywaną przez tych, którzy
padli ofiarami podobnych wiarołomstw.
Wszyscy podli zdrajcy są wcielani do jej ducha, aby zapłacić najwyższą z cen — stać się jednością z Włócznią Zemsty.
Hecarim Cień Wojny
Urodzony
w imperium, które dawno temu obróciło się w pył i zostało zapomniane,
Hecarim był porucznikiem Żelaznego Zakonu — bractwa związanego
przysięgą, na mocy której miało strzec królewskich ziem.
Gdy
wygrywał walkę za walką z grzbietu swojego potężnego wierzchowca,
dowódca Żelaznego Zakonu ujrzał w nim potencjalnego następcę… ale
również narastający mrok. Niepohamowana żądza chwały plamiła honor
Hecarima i z czasem rycerz komandor uświadomił sobie, że ten młody
porucznik nigdy nie może stanąć na czele ich bractwa.
Kiedy Hecarim to usłyszał, był wściekły. Mimo to zdławił gniew i dalej pełnił swoje obowiązki.
Kiedy
wyruszyli na kolejną wojnę, dowódca został otoczony przez wrogów i
odcięty od reszty rycerzy. Hecarim dostrzegł swoją szansę, odwrócił się i
zostawił go na śmierć. U schyłku bitwy członkowie Żelaznego Zakonu,
nieświadomi czynu Hecarima, uklękli na mokrej od krwi ziemi i ślubowali
mu wierność.
Hecarim pojechał do stolicy, żeby
złożyć oficjalne przysięgi, i spotkał Kalistę, najbardziej zaufaną
generał króla. Dostrzegła ona jego kunszt i zdolności przywódcze, a gdy
królowa została ugodzona zatrutym ostrzem przez zabójcę, mogła ruszyć w
poszukiwaniu odtrutki, wiedząc, że Żelazny Zakon zostanie u boku króla.
Dręczony
paranoją król widział zagrożenie w każdym cieniu i szalenie gniewał się
na ludzi, o których myślał, że próbują go oddzielić od jego umierającej
żony, wysłał więc Hecarima, by uspokoił niepokoje narastające w
królestwie. Żelazny Zakon zdobył przerażającą renomę jako bezwzględni
egzekutorzy woli króla. Płonęły miasta i wioski. Setki mieszkańców
trafiły pod miecz.
Gdy królowa ostatecznie dokonała
żywota, Hecarim postanowił podsycić żal króla i przekuć go w nienawiść,
by zdobyć pozwolenie na poprowadzenie Żelaznego Zakonu na obce ziemie.
Chciał pomścić śmierć królowej, jednocześnie zdobywając jeszcze więcej
mrocznej sławy.
Lecz zanim on i inni rycerze mogli
wyruszyć, powróciła Kalista. Znalazła to, czego szukała, na odległych
Błogosławionych Wyspach — jednakże było już za późno. Król nie chciał w
to uwierzyć i wtrącił Kalistę do lochu jako zdrajczynię. Zaintrygowany
wieściami, które dotarły do jego uszu, Hecarim odwiedził ją w celi i
rozmawiali o bladej mgle, która chroni wyspy przed wszystkimi
najeźdźcami… ale również o ogromnych bogactwach ludzi tam
zamieszkałych, w tym o legendarnej wodzie życia.
Wiedząc,
że tylko Kalista potrafi tam trafić, Hecarim w końcu przekonał ją do
przeprowadzenia królewskiej floty przez zasłonę, która skrywała
Błogosławione Wyspy przed wzrokiem śmiertelników.
Dobiwszy
do miasta zwanego Helia, urządzili uroczystą procesję z ciałem
królowej. Żelazny Zakon przewodził pochodowi, lecz wreszcie natrafił na
władze miasta, które tym razem odmówiły pomocy. Rozwścieczony król
rozkazał Kaliście ich zabić, ale ona się na to nie zgodziła, Hecarim zaś
uśmiechnął się, gdy podjął decyzję, która miała potępić go na
wieczność. Przebił włócznią plecy Kalisty i polecił swoim rycerzom
splądrować miasto oraz okraść skarbce z magicznych kosztowności.
Pośród
panującego chaosu pomniejszy opiekun zgodził się przyznać królowi
dostęp do wody życia — lecz nawet to nie mogło odciągnąć Hecarima od
radowania się rozlewem krwi. Zrujnowanie Błogosławionych Wysp prawie
zupełnie go zaskoczyło.
Fala uderzeniowa magicznej
siły rozdarła Helię, obracając w pył wszystkie, co do jednego, budynki i
pozostawiając ich fragmenty zawieszonymi w żarzącym się nieświetle. Za
nią nadeszła Czarna Mgła, skłębiony huragan, który wciągał każde żywe
stworzenie w swoje rozszalałe, wyjące objęcia. Hecarim próbował zwołać
Żelazny Zakon w jedno miejsce w nadziei, że uda im się wrócić na statki,
ale mgła pochłaniała ich jednego za drugim, gdy uciekali.
Pozostawiony
sam, krnąbrny aż do końca, rycerz komandor został pochłonięty przez
cienie. On i jego potężny wierzchowiec zostali złączeni w monstrualne,
upiorne widmo, które odzwierciedlało mrok w sercu Hecarima — butne
stworzenie zrodzone z gniewu i zła, zjednoczone z Czarną Mgłą i zarazem
całkowicie przez nią zniewolone.
Hecarim, na
wieczność związany z Wyspami Cienia, spędził wiele stuleci w
złowieszczej karykaturze swojego dawnego życia, przeklęty, by patrolować
koszmarną krainę, którą niegdyś miał zamiar podbić. Za każdym razem,
gdy Czarna Mgła rozprzestrzenia się poza wybrzeże Wysp, on i wywodząca
się nie z tego świata armia Żelaznego Zakonu wyruszają, by mordować
żywych ku pamięci dawno minionej chwały.
Twoja reakcja na nasz wpis: